Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mechatek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mechatek. Pokaż wszystkie posty

5 lutego 2018

Nasze stado 2018

W związku ze zmianami, jakie nastąpiły w naszym stadzie w styczniu 2018, dziś chciałabym przedstawić jego najnowszy skład.

Z pewnością pamiętacie post pt."Nasze stado", który tuż o odejściu Reszki i adoptowaniu Leeloo napisała Mechatek. Pisała między innymi tak:

A dzisiaj ja Mechatek chciałabym przedstawić Państwu całe nasze stado, czyli osoby kocie, które go obecnie tworzą, razem z tymi osobami kocimi, które tworzyły go przez wiele lat, a teraz już ich nie ma. O osobach ludzkich, czyli o Pani i o Naszym Drugim Człowieku będzie osobno, gdyż oni, chociaż są w stadzie bardzo ważni, to jednak należą do innego gatunku. Więc w kolejności przybycia było to tak (...)


Dziś zaczniemy inaczej, od przedstawienia najnowszych i najmłodszych członków (czy też raczej członkiń), które dołączyły do nas w pewien styczniowy weekend. Ich imiona to Joy i Chili.

Tak więc, nasze stado tworzą obecnie:
  • Chili
  • Joy
  • Leeloo
  • New
  • Nasz Drugi Człowiek
  • Pani
Ludzi nie będziemy specjalnie przedstawiać, gdyż chociaż są bardzo ważnymi członkami stada, to jednak nie o ich jest ten blog.

Na zdjęciu widać od lewej: Niutkę, Chili i Leeloo
oraz Panią, która głaszcze Joy.
Nasz Drugi Człowiek robi zdjęcie, więc go nie widać

20 sierpnia 2017

Miejsce po Mechatku

Minął już ponad miesiąc, odkąd nie ma Mechatka. Mimo niewielkich rozmiarów (zaledwie 2,55 kg w porywach) zostawiła po sobie w naszych sercach ogromną dziurę. Bardzo nam jej brakuje. Była kotką bardzo mocno obecną w naszej codzienności i to nie tylko przez ostatnie 3 lata, kiedy walczyliśmy z jej chorobą. Wchodziła w relacje z ogromnym zaangażowaniem, więc stworzone z nią więzi były niesamowicie intensywne i głębokie. To dlatego jej nieobecność jest tak dotkliwa.

Za każdym razem, kiedy przechodzę ulicą Częstochowską, która prowadzi do Przychodni Weterynaryjnej Białobrzeska i przy której na przełomie lipca i sierpnia kwitną malwy, a przechodzę często, bo niedaleko znajduje się mój gabinet, myślę o Mechatku i o tym, jak 3 lata temu na tle tych malw zrobiłam jej zdjęcie w ramionach Rafała.

Wracaliśmy wtedy z tego ważnego USG, które pokazało konieczność operacji Mechatka, a które zrobiliśmy zaniepokojeni jej objawami. Malwy znowu kwitną, ale Mechatka już nie ma.

Nasza codzienność stała się uboższa o wiele momentów, które już nigdy się nie zdarzą.

Mech nie układa się pomiędzy naszymi głowami tuż przed snem. Nikt nie wylizuje z zapałem naszych dłoni szorstkim językiem. Nie musimy podczas śniadania błyskawicznie chować jedzenia ze stołu, szczególnie serów i innych przetworów mlecznych, które Mech dopadała jednym susem, gotowa dla ich zdobycia wleźć nam na głowy. Zdumieni stawiamy na stół nasze serki homogenizowane, jajecznice i kanapki i nie ma już kota, który by je natychmiast porywał, wylizywał i pochłaniał (tak, to najcelniejsze określenie mechatkowego sposobu jedzenia).

Nie ma kota, który rzucałby się na kawałki surowego filetu z kurczaka, łapczywie chwytając dłoń, która je podaje podczas kocich uczt. Najmniejsza chwila nieuwagi skutkowała kradzieżą mięsa przygotowywanego na obiad. Odruchy zostały. Nadal w trakcie krojenia filetu i ubijania kotletów zachowujemy się bardzo uważnie, jakby wciąż spodziewając się napaści kota sygnalizującego głośnym miauczeniem stan "umierania z głodu". Jednak nikt nie wyje z podłogi, ani nie próbuje wskoczyć na blat.

Nasze dwie kotki, Niutka i Leeloo nie są tak łapczywe, ale chociaż przygotowywanie i spożywanie posiłków odbywa się teraz spokojnie, to jednak czegoś nam brakuje.

Ostatnie zdjęcie Mechatka

Po Mechatku zostało bardzo wyraziste puste miejsce.

Miejsce po Mechatku.
Kiedy już wróciliśmy do domu z lecznicy, zajrzałam w miejsce,
gdzie Mechatek ostatni raz leżała.
Ten obraz wydał mi się przejmujący

Mechatek, jako felietonistka i blogerka miała też kilka swoich miejsc w internecie. Tego bloga, na którym właśnie jesteśmy, a także swoją stronę na Facebooku, profil na Google+ oraz kanał Youtube z kocimi filmikami.

Co teraz, kiedy nie ma już ich gospodyni? Pojawiło się mnóstwo pytań i wątpliwości. Czy powinny dalej działać? A jeśli tak, to pod jakimi nazwami?

Przecież na facebookowym fanpage'u posty podpisywała Mechatek, nawet ten ostatni, który mówił, że Mechatka już nie ma, chociaż komentarze pod nim dodawałam już ja - Ela, pani Mechatka, bo byłoby dziwne, gdyby robiła to ona. Jak teraz nazwać ten fanpage? Nazwa musi być zmieniona, bo Mechatek nie może już niczego skomentować, udostępnić czy polubić. Ale kiedy ją zmienię, to wszystkie dotychczasowe posty też zmienią autora. Tak działa ten portal... Jak zatem teraz nazwać tę stronę, aby zachowała swój mechatkowy charakter?

Co z tym blogiem? Nie będzie już więcej mechatkowych felietonów. Może powinny znaleźć się tu moje artykuły? Ale kocich blogów prowadzonych przez ludzi, z ludzkim narratorem jest już wiele. Może powinna go więc prowadzić któraś z naszych kotek? Może Leeloo? A może Niutka, która kiedyś miała już swojego bloga na portalu Unitedcats? Która z nich byłaby lepszą gospodynią tego miejsca?

Trzeba też zmienić opis bloga widniejący w lewej kolumnie.


Do tej pory brzmiał tak:

Koci blog pisany z kociego punktu widzenia - dla kociarzy z poczuciem humoru i fanów oryginalnej mechatkowej prozy. Autorką bloga jest Mechatek, kotka, która sama upolowała swoich ludzi na ulicy i dzięki temu ma dom. Mieszka z dwoma innymi kotami: Leeloo i New oraz dwójką ludzi. Przez trzy lata była felietonistką na portalu Świat Kotów, a teraz prowadzi własnego bloga, na którym będzie można poczytać jej nowe felietony, zobaczyć kocie zdjęcia i sprawdzić, co na to wszystko mówią Pani i Nasz Drugi Człowiek.

Ale teraz już tak nie może być... Podobne kwestie dotyczą również tych innych miejsc, których Mechatek była gospodynią. Ale przede wszystkim musieliśmy ochłonąć po tej stracie, aby móc podjąć jakiekolwiek decyzje o tym, co dalej.

Minęło półtora miesiąca. Nie było żadnych nowych postów, ani na blogu, ani na facebookowym fanpejdżu, ani nigdzie indziej. Emocje były wciąż zbyt duże. A ja czekałam na trochę dystansu, który może dać tylko czas.

Widziałam, że na fanpejdż Mechatka wciąż zaglądają jej czytelnicy. Być może też czekając, mając nadzieję, że coś się tu pojawi, a ja wciąż nie wiedziałam, co dalej. Ale w końcu zaczęły się krystalizować jakieś pomysły, a emocjonalna blokada trochę poluzowała. Dziewczęta nie przestawały dostarczać inspiracji. Zrobiłam im mnóstwo zabawnych zdjęć i wydarzyło się wiele nowych sytuacji. Chciałabym się nimi móc dzielić i znów zaprosić was do patrzenia na świat z kociego punktu widzenia. Co mogę powiedzieć na teraz, na dziś?

Nazwa fanpejdża będzie teraz brzmieć Mechatki, tak samo, jak tytuł tego bloga. To oznacza, że wszystkie posty tam publikowane będą podpisane właśnie tak. Niestety nie małą literą, bo Facebook nie daje takiej możliwości. Ale za to wszędzie indziej możemy sobie na to pozwolić, prawda? Więc sobie pozwolimy. Bo chcę, aby mechatki oznaczały pewną formę literacką, zapoczątkowaną przez Mechatka. Tak właśnie nazywają się również cudowne bułeczki wypiekane przez Darię i nazwane tak na cześć Mechatka, pamiętacie? Więc to dobra nazwa! Marzy mi się, aby mechatki były nazwą na wszelkie kocie felietony, a kiedyś z nazwy własnej stały się elementem języka kociarskiego języka i należały do wszystkich kociarzy. Chciałabym, aby to określenie spopularyzowało się tak samo, jak inne stworzone przez Mechatka na potrzeby jej felietonów i stanowiące o specyfice jej języka. Tak powstały przecież łapkoczyny, nowe(s)twory, ćwierćdługowłose futerko, stosunki międzykocie i koty domne. Nie było takich słów, dopóki Mechatek ich nie wymyśliła. Jak dotąd (poza bułeczkami!) nie było też mechatków. Pora to zmienić.

Co do opisu bloga będzie od teraz brzmiał następująco:

Koci blog pisany z kociego punktu widzenia - dla kociarzy z poczuciem humoru i fanów oryginalnej mechatkowej prozy. Autorką bloga przez wiele lat była Mechatek, kotka, która sama upolowała swoich ludzi na ulicy i dzięki temu miała dom. Przez trzy lata była felietonistką na portalu Świat Kotów, a potem zaczęła prowadzić własnego bloga. Mechatka nie ma już wśród nas. Dlatego miejsce, w którym można znaleźć kocie felietony, zobaczyć kocie zdjęcia i sprawdzić, co na to wszystko mówią Pani i Nasz Drugi Człowiek, prowadzą teraz Leeloo, która została adoptowana z Koterii oraz New, która jest majnkunem.


Myślę, że to wyjaśnia wszystko. Już wkrótce zaprosimy państwa na ich pierwszy post, w którym postarają się przedstawić równie grzecznie, jak zrobiła to Mechatek, kiedy zaczynała karierę samodzielnej blogerki i opowiedzieć, jaką mają koncepcję na bloga. Dajcie nam chwilę. Na razie dziewczęta jeszcze szlifują styl, aby ich mechatki były takie, jak trzeba ;)

14 lipca 2017

Kto by pomyślał...

... czyli mały wielki kot

Kto by pomyślał, że istnieją koty tak mocno pragnące przeżyć i mieć dom, że potrafią sobie upolować ludzi na ulicy? A na dodatek upolować tych właściwych? Mechatek tak właśnie do nas trafiła w pewien mroźny grudniowy dzień, prawie 13 lat temu. Gdyby ich nie upolowała, prawdopodobnie dawno by jej już nie było, ale szybko okazało się, że upór i determinacja w dążeniu do celu to jedne z jej najważniejszych cech.

Mechatek obserwująca ruch uliczny

Nie wyglądała wtedy zbyt pięknie, miała krzywe nóżki, trochę zezowała, była chuda, zapchlona i zmierzwiona, ale zupełnie się tym nie przejmowała, bo niby dlaczego miałaby się przejmować czymś tak nieistotnym, jak żartobliwe przezwisko "Paskudek", które przylgnęło do niej na kilka pierwszych lat? Priorytety Mechatka od początku były bardzo czytelne.

29 maja 2017

Na śpiocha



A dziś, ja Mechatek zapraszam państwa do galerii składającej się z dwóch śpiących zdjęć. Jedno jest z Panią i pochodzi z majowego długiego weekendu, a drugie jest z Naszym Drugim Człowiekiem i pochodzi z poprzedniego weekendu. Chchchrrr!

Ja Mechatek i Pani
(fot. Rafał Nowakowski
https://www.facebook.com/rnfotografiapl/)

Ja Mechatek i Nasz Drugi Człowiek

21 maja 2017

Mechatkowa historia choroby



Proszę państwa, jak zapewne państwo pamiętają, ja Mechatek zaczynam od "proszę państwa" zawsze wtedy, gdy mam do powiedzenia coś ważnego, a moja mechatkowa historia choroby jest bardzo ważna i dlatego taki wstęp. A ona jest ważna nie tylko dlatego, że dotyczy mnie Mechatka, ale także dlatego, że jakiś czas temu Przychodnia Weterynaryjna Białobrzeska poprosiła mnie Mechatka o jej opisanie, gdyż może mieć ona walory, które nazywają się edukacyjne.

A to dlatego, że ja Mechatek mam w środku nowego(S)twora, który jest leczony różnymi lekarstwami, ale głównie chemioterapią, która trzyma go pod kontrolą, nazywa się Leukeran i jest przeze mnie przyjmowana dopyszcznie. I chodzi o to, żeby troszkę przybliżyć państwu ten temat, no to ja Mechatek przybliżam. Co prawda, o opisanie historii choroby zostałam poproszona już dawno temu (pani mówi, że będzie tak z pół roku), no ale po drodze dużo się działo, na przykład najpierw różne moje i leelootkowe kryzysy zdrowotne, a teraz na dodatek ta cała przeprowadzka, gdyż proszę państwa my wszyscy przenosimy się całym stadem do nowego mieszkania i to jednak zajmuje trochę czasu, i dlatego czas na opisanie historii mojej choroby jest dopiero teraz.

I będzie proszę państwa mnóstwo zdjęć, niektóre takie, co już byłu tutaj na blogu oraz dużo zupełnie unikalnych, na przykład podczas badania i z moimi lekarzami, jak mnie trzymają na rękach i mówią do mnie Mechatka czułe wyrazy, chchchrrr!

5 marca 2017

Mechatkowe aktualności



Dzień dobry, proszę państwa!
Pani powiedziała, że państwu, którzy są moimi bardzo wiernymi czytelnikami, należą się wieści na temat mojego stanu zdrowia oraz na różne inne tematy, więc się mam przestać tym stanem wykręcać i coś napisać. Państwo przecież cały czas pytają o to, jak się mam i to jest bardzo miłe oraz podtrzymujące na duchu.

Ja Mechatek jako kłębuszek

Niestety, z podtrzymywaniem na ciele jest trochę gorzej, bo za to z kolei odpowiedzialne są moje mechatkowe jelitka, a z nimi jest coraz gorzej, bo coraz gorzej wchłaniają substancje odżywcze. I w efekcie, chociaż zwykle mam dobry apetyt, to te substancje nie trafiają tam, gdzie powinny, czyli do moich mechatkowych komórek. I dlatego jestem coraz chudsza, co jest bardzo, ale to bardzo niepokojące. Ostatnio na przykład ważę zaledwie 1,85 kg... I dzieją się ze mną również inne niedobre rzeczy, na co zamieszczam dowód rzeczowy, czyli wypis z ostatniej wizyty:


I dlatego mój pan doktor postanowił nieco zmienić dawkowanie leków. Jak państwo widzą, chemię będę teraz łykać nie co 7 dni, tylko co 5 (za co odpowiada pani), steryd zostaje bez zmian, czyli codziennie rano (za co odpowiada Nasz Drugi Człowiek, który i tak wstaje wcześnie, co ma swoje wielkie zalety, gdyż daje się on łatwiej zaszantażować mnie Mechatkowi, żeby dodał więcej do miseczki i jest bardziej tolerancyjny na moje smakowe wydziwiania), a na dodatek trzeba mi do pyszczyła podawać taką bardzo odżywczą białą papkę, która nazywa się Megalia, za co też odpowiada pani, która się nie certoli, tylko ładuje strzykawką i już.

W związku z tym, że pani się tak bardzo martwi moją małą wagą, pan doktor cały czas uspokaja, że po pierwsze i tak nieźle sobie radzę po ponad 2 latach leczenia takimi silnymi lekarstwami, a po drugie wciąż mam całkiem niezły nastrój (mogą sobie państwo sami przeczytać: "zachowuje się normalnie", czyli jest kontaktowa i miziasta), co jest najbardziej istotne, więc mówi do moich ludzi: "proszę na razie kota nie spisywać na straty".

I ze mną jest tak.

Ciekawie jest też z Niutką, która na stare lata robi się zdecydowanie mniej autystyczna, aż pani jest w szoku. Ale nie aż takim ogromnym, ponieważ już raz obserwowała takie zjawisko, a mianowicie wtedy, gdy Sonia na starość zrobiła się odważna i chętna na głaskanie, chociaż wcześniej była skrajnie nieśmiała i uciekała, gdy ktoś tylko na nią popatrzył. No więc Niutka robi się coraz bardziej kontaktowa. Zaczęła codziennie rano przychodzić do łóżka, gwałtownie trącając i śliniąc rękę pani, żeby pani tą ręką Niutkę pogłaskała, najlepiej mocno i długo. I jest to dla niej zupełnie nowe zachowanie, tak pani powiedziała. I powiedziała też, że to bardzo miłe, poza tymi momentami, gdy Niutka zagarnia rękę pani swoją łapką, w której ma pazury. A ponieważ jest majnkunem, to jej pazury są duże. I wtedy już nie jest tak całkiem miło, bo nie zawsze uda się zdążyć schować rękę pod kołdrą.

Ilustracja o tym, jak Niutka spała w domku i wypadła, bo jak się rozprostuje,
to jest za długa, żeby się zmieścić.

A z Leeloo jest bez zmian, czyli fajnie. Poza tym, że panią niepokoi jedna sprawa. Otóż Leeloo wszystkiego uczy się przez naśladowanie mnie Mechatka i New. I ostatnio zaczęła naśladować nasze dźwięki. I umie już robić "chchchrrr!" tak jak ja Mechatek oraz miauczeć w obcym języku, tak jak Niutka, która jak wiadomo miauczy trochę inaczej, ponieważ jest majnkunem i robi "aaacha! aaacha!". Pani mówi, że w sumie to by chyba wolała, żeby Leeloo jednak normalnie mruczała, a nie robiła "chchchrrr!"

No, ale co złego w "chchchrrr!"?

26 grudnia 2016

Świąteczne pogorszenie



Te Święta, podobnie jak to robimy od kilku lat, planowaliśmy spędzić u rodziców Rafała, czyli, jak by powiedziała Mechatek - Naszego Drugiego Człowieka. Kilka dni wcześniej kupiliśmy bilety na pociąg, w piątek spakowaliśmy plecaki, a w sobotę, bladym świtem mieliśmy ruszyć w podróż. Taki był pan, ale...

... ale nad ranem budzą mnie odgłosy bardzo intensywnych kocich wymiotów. Która? - myślę i zbieram się powoli spod kołdry, żeby sprawdzić, która z naszych trzech kotek jest źródłem tych dźwięków. Szukam śladów, ale oczy mam tak zaspane, że niewiele widzę. Za to "zapach" prowadzi mnie bezbłędnie do półki w dużym pokoju. Narzygane jest przede wszystkim na półce, ale część spadła niżej - na plecak. Najwyraźniej z siłą wodospadu. Odpowiedź na pytanie "Która?" jest oczywista. Z naszych kotów tylko Mechatek rzyga na wysokościach. Zwymiotowała mocno strawioną gotowaną pierś z kurczaka, którą Nasz Drugi Człowiek karmił ją wieczorem. Całą, chyba. Są w niej plamki krwi. Idę po papier toaletowy, żeby zetrzeć szkodę.

Mechatek plącze mi się pod nogami i pędzi do kuchni. Tam kuca i zaczyna zbierać się do sikania na płytki. Zbieranie się trwa długo, Mechatek oddaje mocz z wyraźnym wysiłkiem, podobnie jak miesiąc temu podczas poprzedniego kryzysu. Plama moczu zabarwiona jest krwią. Mechatek sika poza kuwetą rzadko - tylko wtedy, gdy żwirek nie spełnia jej standardów czystości (co zdarza się rzadko) oraz - jak wszystkie koty - gdy ma problemy z układem moczowym. Kuweta jest czysta, więc najwyraźniej to powtórka z sytuacji sprzed miesiąca, gdy również siknęła na różowo. Sprzątam wymioty w pokoju, budzę Naszego Drugiego Człowieka, pokazuję mu mokrą plamę w kuchni. Jest 5.30.

Co robić? Widać, że Mechatek czuje się kiepsko, siedzi skulona pod stolikiem, nie interesuje się otoczeniem, nawet nie wymusza porannego smakołyka. Decyzję podejmujemy szybko. Pociąg mamy o 8.15, w internecie sprawdzamy, że Przychodnia Białobrzeska otwarta jest dziś od 8.00. Nie ma szans, żebyśmy się wyrobili.

Odwołuję rezerwację biletu DO, powrotny na razie zostawiam, bo zobaczymy, czego dowiemy się w lecznicy. Pakujemy Mechatka w smycz i kocyk (bo w kocyku czuje się bezpieczniej niż w transporterze, a poza tym lepiej ją ciepło opatulić, bo w z powodu chemioterapii ma obniżoną odporność, więc lepiej nie ryzykować przeziębienia). Taksówką jedziemy do przychodni. Mechatka przyjmuje doktor Kuś . Mech nadal waży niewiele nawet jak na siebie - 1,95 kg. Od poprzedniej wizyty wcale nie przytyła, chociaż apetyt się jej poprawił. To już drugi kryzys w ciągu bardzo krótkiego czasu. Ale mamy za sobą 2 lata leczenia. I tak się nieźle Mechatek trzyma.

Dokładnie referujemy, co się stało, doktor Kuś uważnie słucha i wypytuje o szczegóły. Mierzenie temperatury, USG, pobranie krwi (żeby na szybko sprawdzić podstawowe parametry). W USG na szczęście nie widać żadnych niepokojących zmian, ale powtórzymy je po kroplówce, kiedy pęcherz będzie lepiej wypełniony. Trzeba ją też nawodnić.


Płyn ze zbiornika na stojaku ścieka powoli, trzeba cały czas pilnować ułożenia łapki, żeby mógł swobodnie lecieć, trzeba też Mechatka pocieszać, uspokajać. Czytamy gazety, rozmawiamy, podglądamy innych pacjentów. Jak widać, w Wigilię nie tylko nas dopadł pech.

Kroplówka się kończy. Robimy drugie USG. Są już wyniki badania krwi. Mocno podwyższone tzw. wyniki wątrobowe (Mech ma też przewlekłe zapalenie pęcherzyka żółciowego) i kreatynina. Dostajemy do domu całą baterię lekarstw do podania w zastrzykach: antybiotyk Entrocin (na ewentualne zakażenie układu pokarmowego) i osłonowy Ranic, które mamy jej podawać podskórnie w domu. Poza tym Ulgastran i Hepatiale Forte do pyszczydła.

Tyle możemy zrobić teraz. W razie pogorszenia (jakby tego było mało) mamy jechać do jakiejś całodobowej lecznicy, bo Białobrzeska niestety przez Święta nieczynna. A we wtorek wizyta kontrolna.

Od wejścia do lecznicy mijają 3 godziny. Rafał dzwoni do mamy, żeby powiedzieć, że jednak nie przyjedziemy, bo przecież trzeba Mechatkowi te leki jutro i pojutrze podać. Nie można jej w takim stanie samej zostawić. Nie będziemy też targać ze sobą chorej kotki przez pół Polski, bo taki stres by jej nie pomógł. Nie będzie Wigilii i Świąt u rodziców Rafała. Musimy zostać. Bilet powrotny też trzeba odwołać.



Jest 11.00! Wigilia! Nie robiliśmy żadnych zakupów, bo przecież wybieraliśmy się w gości. Spakowane plecaki z prezentami czekały. Gdyby nie nagłe pogorszenie stanu zdrowia Mechatka, dojeżdżalibyśmy już na miejsce. Nie mamy w domu NIC do jedzenia. Żadnych zapasów. Więc mechatkowy Drugi Człowiek czym prędzej pędzi na miasto na zakupy. Nasze świąteczne menu będzie zupełnie nietradycyjne - opowiemy tylko zaufanym znajomym ;)

Mamy nadzieję, że szukanie sensownej całodobowej lecznicy nie będzie konieczne. Bo nawet, jakby byli świetni, to przecież nie znają całej historii choroby Mechatka, choćby jej chemioterapii i sterydów. Więc lepiej nie.

Święta dobiegają końca. Przeżyliśmy. Mamy tylko kilka refleksji:

  • Następnym razem, jak się będziemy gdzieś wybierać, to spakujemy się kilka dni wcześniej. Bo one to wyczuwają.
  • Istnieją takie firmy, które oferują ludziom nietypowe prezenty. Zamiast rzeczy, przedmiotów - wrażenia i przeżycia (na przykład lot balonem czy coś takiego). Chyba nas to właśnie spotkało. Dziękujemy za moc świątecznych wrażeń! ;)
  • Co do nietradycyjnego wigilijno-świątecznego menu, to stwierdziliśmy, że ważne jest nie to, co znajduje się na stole, tylko to, z kim do tego stołu siadasz :)
  • Możliwe, że dochodzimy już do granicy możliwości terapeutycznych, a skutki uboczne przyjmowanych przez nią od 2 lat silnych leków zaczynają przewyższać ewentualne korzyści lecznicze... Możliwe, że zbliżamy się do końca tego, co można zrobić...

ps. Mechatek przyjęła grzecznie wszystkie zastrzyki, Ulgastranem zapluła na biało pół parkietu, apetyt na szczęście wrócił i ochota na kontakt z ludźmi też. Wygląda jednak na to, że boli ją brzuch, co trzeba koniecznie sprawdzić, bo jeśli po kocie widać (słychać) ból, to znaczy, że boli bardzo. Jutro koniecznie idziemy na kontrolę.

ps 2. Trzymajcie kciuki. 

16 sierpnia 2015

Mechatek o kachektycznej sylwetce i innych trudnych sprawach

Kocie choroby są bardzo pouczające. Nie tylko bardzo sprzyjają nauce trudnych słów, ale też weryfikują, czy ktoś naprawdę na zawsze wziął odpowiedzialność za to, co oswoił, i uczą podejmowania trudnych decyzji.

Najwięcej nauczyliśmy się przy Reszce. Na przykład o tym, co to są procenty (felieton pt. Jak koty dowiadują się o procentach), co to jest chemoterapia, badanie histopatologiczne, iniekcja domięśniowa, statystyki przeżywalności i inne skomplikowane wyrazy. Przy Soni Pani dowiedziała się, co to jest IBD (nieswoiste zapalenie jelit), o które ja Mechatek też byłam podejrzewana, dopóki się nie okazało (Diagnoza Mechatka), że jednak mam chłoniaka. A ostatnio nasi ludzie nauczyli się jeszcze jednego słowa, które brzmi sylwetka kachektyczna, gdyż taką mam teraz ja Mechatek i zostało to napisane w mojej historii choroby.

17 lipca 2015

Wielkie podziękowanie nie tylko od Mechatka

Proszę Państwa, a to jest oficjalne podziękowanie, które ja Mechatek zamieszczam również w imieniu Niuty i Leeloo, ale przede wszystkim jest ono od Pani i od Naszego Drugiego Człowieka. Jest to podziękowanie dla Gosi, która nazywa się Rude de Wredne i która jest wielką przyjaciółką Pani i na którą Pani mówi Gosiaku (tak samo, jak mówiła Soniaku do Soni, która była wielką przyjaciółką mnie Mechatka), gdyż jest to pieszczotliwe zdrobnienie.


I jest to podziękowanie bardzo wielkie, gdyż dzięki temu, że Gosia się nami trzema zajęła przez pięć dni, Pani i Nasz Drugi Człowiek mogli w tym roku pojechać na urlop, co było strasznie ważne, gdyż nie mieli urlopu już od dwóch lat: dwa lata temu, bo się przeprowadzałyśmy, a rok temu, bo trzeba się było przez cały czas zajmować chorobą Reszki i moją Mechatka, więc o żadnych wyjazdach nie mogło być mowy, przez co Pani i Nasz Drugi Człowiek padali już na pychole.

Pani mówi, że na trzy dni to jeszcze by nas zostawiła same z zapasami chrupek i wody w miseczkach, ale pięć to jest za dużo i dlatego Gosia była niezbędna, a jej pomoc nieoceniona.

Na szczęście w tym roku się udało wszystko zgrać: i ich urlopy w miejscach, gdzie zarabiają na nasze chrupki i dni, w których ja Mechatek przyjmuję lekarstwa i opiekę nad nami, więc nasi ludzie mogli sobie pojechać na Roztocze, żeby podziwiać coś, co się nazywa szypoty na Tanwi, a co podobno zapiera dech w piersiach, nawet jak nie ma upałów.

I dzięki temu nie padną na pychole.

Chchchrrr!


16 lipca 2015

Fotoreportaż o tym, że pudełko jest najważniejsze

W pudełku przyszły prezenty dla nas trzech. Prezenty prezentami, o tym, że były bardzo fajne, napiszę innym razem, bo najważniejsze jest pudełko, o czym wie każdy kot i kociarz. Pudełko stało się hitem, a na drugim miejscu wędka z piórkami, która razem z puchatymi sardynkami oraz słoikiem kocimiętki i smakołykami była w środku.

Ja Mechatek jako królowa pudełka

W pudełku każda z nas chciała sobie posiedzieć. Ustaliłyśmy jednak kolejkę, żeby każda z nas mogła sobie trochę skorzystać bez niepotrzebnych przepychanek.

Kolej na Leeloo
Kolejka do pudełka





Kolej na Niutkę
A teraz ja - Mechatek!





















21 czerwca 2015

Najnowszy raport o stanie zdrowia Mechatka

Ostatnio pytają mnie Państwo często, czy jestem zdrowa albo piszą, że mam na zdjęciach smutny pysio. No, a jaki mam mieć, proszę Państwa? Nie jest dobrze, ale nie piszemy o tym z Panią zbyt często, żeby Państwa za bardzo nie martwić.

Jak Państwo pamiętają (a tym co nie wiedzą lub nie pamiętają, to przypomnę), ja Mechatek mam w sobie nowego(S)twora, który nazywa się chłoniak, a konkretnie chłoniak rozlany niskiego stopnia złośliwości histologicznej. Średnio koty z takim nowym(S)tworem jak u mnie żyją jeszcze od 18 - 24 miesięcy. Co oznacza, że on postępuje powoli, ale jednak postępuje, bo u kotów one są nieuleczalne, ale można je spowolnić nawet na bardzo długo. No więc Pani i Nasz Drugi Człowiek według wskazówek pana doktora Jagielskiego spowalniają go już od października. Dzięki temu spowalnianiu chłoniak jest w remisji czyli nic mi specjalnie nie robi, poza tym, że jest i muszę przyjmować lekarstwa podawane w tabletkach do pyszczydła, takie jak:
  • steryd Encortolon co 2 dni
  • chemia Leukeran co 5 dni

I z nimi moi ludzie radzą sobie w domu, chociaż bardzo się sprzeciwiam, natomiast dostaję jeszcze witaminę B12 w zastrzykach, z czym w domu nie ma szans, gdyż ona bardzo szczypie i dlatego muszę jeździć do lecznicy co dwa tygodnie na podanie zastrzyku.

Niestety, ostatnio jest nieco gorzej. Od paru miesięcy ja Mechatek bardzo powoli, ale systematycznie tracę na wadze, co wychodzi podczas kolejnych wizyt kontrolnych. Na przykład w październiku ważyłam 2,4 kg, a w maju - 2,25 kg. I chudnę też tak na oko, a to jest niepokojące i Pani z Naszym Drugim Człowiekiem bardzo się martwią, gdyż to może oznaczać, że remisja się skończyła. I dlatego nie czekali na zaplanowany na lipiec termin wizyty kontrolnej, tylko zabrali mnie do lecznicy już teraz. Okazało się, że chudnę nie tylko tak na oko, ale naprawdę - bo teraz mam tylko 2,15 kg. Dlatego w przyszłym tygodniu zrobią mi USG, żeby sprawdzić, co się w środku mnie Mechatka dzieje.

Bo co się dzieje na zewnątrz, to widać: więcej śpię, nie mam nastroju i energii do zabawy, czasem wydaję dźwięk, jakby mnie coś bolało i w ogóle szału nie ma, tak Pani powiedziała. Więc zobaczymy, co dalej...

Chchchrrr....

30 maja 2015

Filmy tylko dla kotów - część druga

To jest, proszę Państwa, druga część artykułu, który napisała Pani. Ja Mechatek jestem tylko autorem wstępu, o który zostałam przez Panią bardzo poproszona, bo Pani stwierdziła, że jako właścicielka tego bloga najlepiej Państwu wszystko przedstawię. No to przedstawiam: ten artykuł jest długi, żeby pomieścił wszystkie walory, które się nazywają informacyjne i dlatego został podzielony na 2 części. Dziś jest część druga. Ja Mechatek dodam tylko od siebie, że jest w nim dużo teorii, z którą jak już się Państwo zapoznają, to zamieszczę mój mechatkowy komentarz, który będzie bardziej praktyczny. Taki do wypróbowania przez Państwa kota. Jutro.

Specyfika kociej X muzy
Duże zainteresowaniem, z którym spotkał się pierwszy film dla kotów, okazało się zachętą do rozwoju tego typu produkcji. Obecnie na świecie działa wiele firm tworzących filmy (a także inne obrazkowe atrakcje, ale o tym poniżej) specjalnie dla zwierząt. Pojawiły się płyty z nagraniami przeznaczonymi dla psów, a nawet dla ptaków. Wspólną cechą większości tych filmów jest uwzględnienie specyficznego dla danego gatunku sposoby odbioru świata, po to aby uczynić oglądanie jak najbardziej atrakcyjnym dla zwierzęcia.

Kota nie wciągną nietypowe ujęcia, zmiany planów czy nagłe zwroty akcji, dlatego z ludzkiego punktu widzenia fabuła i sposób realizacji tych filmów mogą wydawać się nieco nużące. Niebieski, zielony, żółty, szary i dużo ruchu. Ptaki, gryzonie, ryby, owady. Siedzą, ruszają się, biegają po ekranie. Można na nie patrzeć i próbować je złapać. To jest coś, co kot może zobaczyć i co go zaciekawi.

Żeby śledzić swoje filmowe „ofiary” i zbadać możliwości przeprowadzenia ataku nasz łowca potrzebuje jednego długiego ujęcia i stabilnego planu. Nie może się rozpraszać, musi być skupiony na obiekcie polowania, bo dla niego to jest prawdziwa obserwacja i prawdziwe polowanie. Jeśli weźmiemy pod uwagę ograniczoną ilość barw, które kot jest w stanie rozpoznać, nie będzie nas także dziwić nieco monotonna kolorystyka kocich filmów. Niektóre są nawet kręcone z użyciem specjalnego filtra, który usuwa zbędne kolory oraz wzmacnia kontury, szczególnie na skrzydłach i nogach owadów, co pozwala zwierzęciu łatwiej obserwować ich poruszenia. Dla ludzi taki obraz może wyglądać dziwnie, ale pamiętajmy, że to nie są filmy dla ludzi, tylko dla kotów.

Co na to koty?
Twórcy ostrzegają na swoich stronach internetowych, że niektóre koty potrzebują dodatkowych zachęt ze strony opiekunów, żeby zainteresować się obrazami na ekranie i za pierwszym razem trzeba im wszystko pokazywać palcem. Niektóre potrzebują kilku pokazów, aby zwrócić uwagę na ekran telewizora. Kiedy już zrozumieją, że ten specjalny pokaz jest przeznaczony właśnie dla nich, wpatrują się w ekran, próbują chwycić łapkami biegające stworzenia, siadają na telewizorze, aby sięgnąć także z góry.

Niutka woli obserwować prawdziwe ptaki

6 maja 2015

Mechatek na prezydenta!

W związku z brakiem innych sensownych kandydatów i żenującym poziomem kampanii prezydenckiej wystawiamy własną, niezależną kandydatkę:

Mechatek na prezydenta!

Hasło wyborcze:
SMAKOŁYKI - KAŻDEMU WEDŁUG POTRZEB!

Kandydatka dysponuje kompleksowym programem wyborczym skierowanym do kociarzy i kotów!


Dlaczego warto głosować na Mechatka?

Atuty kandydatki:
  • wieloletnie doświadczenie w pełnieniu kocich obowiązków
  • skuteczność w realizacji swoich zamierzeń
  • wysokie zdolności dyplomatyczne
  • umiejętność nawiązywania kontaktów (również międzygatunkowych)
  • wdzięk i urok osobisty
  • nieskazitelna uczciwość i przejrzysty program wyborczy

Program wyborczy Mechatka:

DLA KOCIARZY:
  • niższa stawka podatku dla kociarzy
  • możliwość odliczenia kosztów utrzymania kota w zeznaniu rocznym PIT
  • ulga kocinna dla kociarzy do odliczenia w zeznaniu rocznym PIT w wysokości zależnej od liczby posiadanych kotów
  • dodatek kocinny dla kociarzy wypłacany przez MOPS
  • możliwość dopisania kota do własnego ubezpieczenia zdrowotnego jako ubezpieczonego członka rodziny
  • możliwość uzyskania urlopu w razie konieczności opieki zdrowotnej nad swoim kotem (sugestia od wyborców z FB)
  • urlop kocierzyński dla osób, które się właśnie dokociły (sugestia od wyborcy)
  • zerowy VAT na suche chrupki i smakołyki
  • wysokie kary za bezmyślne rozmnażanie kotów
  • sterylizacja kotów żyjących na ulicy, żeby nie robiło się ich więcej
  • wysokie i okrutne kary dla osób znęcających się nad kotami - bez zawieszenia
DLA KOTÓW:
  • ustawowe dziedziczenie wszystkich zapasów z lodówki przez koty
  • obowiązek wydania smakołyków na każde żądanie kota nałożony na opiekuna
  • obowiązek udostępnienia kotu własnego talerza nałożony na opiekuna, jeśli na talerzu znajdują się rzeczy smaczne dla kota
  • obowiązek miziania kota przez co najmniej godzinę dziennie nałożony na opiekuna
  • kot ma zagwarantowane konstytucyjnie prawo do chodzenia po wszystkim w mieszkaniu (po stole też).

W najbliższą niedzielę głosuj na Mechatka!


12 kwietnia 2015

Mechatek bardzo dziękuje

Proszę Państwa! Nasza akcja POMOC DLA KOTÓW Z KOTERII dobiegła końca i można ją podsumować.

Ale najpierw najważniejsze: ja Mechatek bardzo serdecznie dziękuję Państwu z całego kociego serduszka za to, że dzięki Państwu zbiórka na koty mieszkające na ulicy, którymi zajmuje się Koteria, się odbyła i za to, że Państwo okazali wielką hojność oraz wytrwałość oraz życzliwość. Wszystkim, którzy wpłacili swoje grosiki, bo jak wiadomo chrupek do chrupka i... zebrała się wielka kupka!


W zbiórce wzięły udział aż 74 osoby i udało się zebrać aż 2 570 złotych. I to jest 33 procent całej kwoty, jaką ja Mechatek chciałam zebrać, ale to bardzo dużo, bo aż 1/3 - tak Pani powiedziała.

I dzięki Państwa pomocy tym kotom będzie trochę łatwiej w ich kocim życiu, a Koterii będzie łatwiej im pomagać

Chchchrrr!

6 marca 2015

Raport o stanie zdrowia

Bardzo długo mnie Mechatka tu nie było, chociaż tak w ogóle to jestem i Pani powiedziała, że najwyższy czas napisać raport o stanie zdrowia, bo mamy wszyscy już trochę wolnej energii i siły, więc trzeba ją spożytkować. Przez prawie całe ostatnie dwa miesiące energia i siła Pani były skoncentrowane na czymś innym, a mianowicie na franku szwajcarskim, który się u nas parę lat temu zagnieździł i zrobił się bardzo uciążliwy, ale Pani już wymyśliła plan działania, więc może się zająć czymś dużo ważniejszym czyli pomaganiem mi Mechatkowi w pisaniu tego bloga.

I ten raport o stanie zdrowia zrobimy dlatego, że na początku każdego roku rząd publikuje raport o stanie państwa, który mówi wszystkim, jak jest. My się nie wyrobiliśmy na początek roku, ale jak widać zdążymy przed początkiem pierwszego kwartału, a takie opóźnienie jest jak najbardziej akceptowalne, tak Pani powiedziała. I jeszcze ten raport będzie nie tylko o mnie Mechatku, ale także o Niutce i Leeloo, bo dużo się u nas wszystkich trzech ze zdrowiem działo. I ja Mechatek napiszę, jak jest.


Wszystko zaczęło się od tego, że Leeloo, która się do nas adoptowała w październiku, przyniosła chorobę nazywającą się koci katar. Chociaż nazwa tej choroby jest niegroźna, to sama choroba jest bardzo groźna, zwłaszcza dla małych kotów oraz kotów z obniżoną odpornością. U nas w domu, jak wiadomo, małych kotów nie ma, za to jest przynajmniej jeden kot z obniżoną odpornością, czyli ja Mechatek. Moja obniżona odporność wynika z tego, że przyjmuję chemioterapię w tabletkach co trzy dni, która ma utrzymać chłoniaka czyli tego nowego(s)twora, na którego choruję, w ryzach. No i się zrobił kłopot z tym kocim katarem. O ile z Niutką i Leeloo kłopot zrobił się w sumie niewielki, bo obie po wizycie w lecznicy dostały po prostu antybiotyki i lekarstwa na podniesienie odporności (Unidox i Immunodol), które sobie doskonale sobie z kocim katarem radzą i obie przestały psikać już po trzech tygodniach, to u mnie Mechatka kłopot był bardzo duży, gdyż się zrobił straszny dylemat. Na początku była jeszcze nadzieja, że może się tym katarem jakoś nie zarażę, no ale kiedy i ja zaczęłam psikać, to stało się jasne, że trzeba będzie wybrać jedną z dwóch decyzji, o których powiedział mój pan doktor Jagielski:
  1. albo liczymy na to, że moja odporność mimo osłabienia sobie z tym kocim katarem poradzi
  2. albo odporność wzmacniamy
I to były, proszę Państwa, decyzje zasadnicze. Każda z tych decyzji była ryzykowna, bo jeśliby sobie moja odporność nie poradziła, to mnie Mechatka nie załatwiłaby poważna choroba czyli chłoniak, tylko zwykły koci katar. A odporność jest po to osłabiana, żeby osłabić też chłoniaka. Więc jeśli ją wzmocnimy, to może i leczenie kociego kataru przebiegnie sprawnie, ale za to chłoniak bardzo się wypasie. Pani i Nasz Drugi Człowiek razem z panem doktorem zdecydowali, że będziemy liczyć na moją odporność, które jakieś resztki mimo chemioterapii zostały, żeby nie wzmacniać chłoniaka i bardzo czujnie obserwować: czy sobie radzi, czy nie radzi. Żeby tej mojej odporności dodatkowo nie osłabiać, pan doktor zdecydował, że odstawimy chemioterapię aż do czasu, kiedy objawy kataru nie ustąpią. I jeszcze, żeby odetkać zapchany nosek, bo bardzo sapałam, dostałam takie specjalne kropelki, które trzeba było rozpuszczać w gorącej wodzie i robić parówki, więc trzy razy dziennie Pani albo Nasz Drugi Człowiek chowali się ze mną Mechatkiem pod koc i też wdychali i to bardzo pomagało, chociaż pachniało okropnie. I też dostałam antybiotyk Duomox.

Leeloo i Niutka jako kotki o mocnych organizmach wyleczyły się szybko, a po antybiotyku i naparach objawy kataru ustąpiły też u mnie i ja Mechatek mogłam się wybrać na kontrolę, żeby zdecydować, co dalej z leczeniem chłoniaka. Zostałam też zważona, żeby dopasować dawkowanie i pobrali mi krew z łapki. I okazało się dużo optymistycznych rzeczy. O, proszę:


Najważniejsze rzeczy są podkreślone na czerwono. I tam jest na przykład napisane, że przytyłam aż do 2,7 kg. Ja Mechatek nigdy tyle przedtem nie ważyłam i pan doktor powiedział, że to pewnie po tych sterydach jestem taka napakowana. I generalnie w tym wypisie jest prawda, poza jedną rzeczą, którą zaznaczyłam pytajnikiem. Przecież wszyscy wiedzą, że ja Mechatek jestem niepodawalna! Więc to powinno być napisane tak: tabletki przyjmuje z wielkim trudem, plując, drapiąc i wyjąc. I wtedy by to trochę oddawało sytuacje, które co wieczór mają miejsce w naszym domu.

Ale najważniejsze z tego wszystkiego jest na końcu. Remisja choroby oznacza, że chłoniak nie daje żadnych objawów, chociaż miałam przerwę w chemioterapii. Więc po tej wizycie pan doktor zdecydował, że skoro koci katar udało się przegnać, to wracamy do leczenia chłoniaka i przyjmowania chemioterapii w tabletkach. Od tamtej wizyty minęły już dwa miesiące, więc w przyszłym tygodniu idziemy na kolejną wizytę kontrolną, na której muszę być na czczo, żeby można było zrobić badania, a na czczo jest bardzo nieprzyjemnie. Pani się martwi, bo znowu trochę schudłam i czasami wymiotuję, więc podczas wizyty się dowiemy, czy ta remisja jest nadal.

Chchchrrr!

6 stycznia 2015

Trzy Królowe przybywają

Trzy Królowe przybywają
Dary składać zapraszają
Hej, Koteria, Koooteria!

Ważna nawet mała kwota
Najważniejsze - dobro kota
Dla Koterii, Koooterii!

Każdy grosik się tu liczy
Tako rzecze kot z ulicy
Hej, Koteria, Koooteria!

Chrupek zbiera się do chrupka
Aż się zbierze wielka kupka
Dla Koterii, Koooterii!


Dary składać należy tutaj:

http://www.siepomaga.pl/r/mechatek-dla-koterii

Do pomagania kotom, którymi zajmuje się KOTERIA, zapraszają (od lewej):

- Królowa Mechatek, koordynatorka akcji: Pomoc dla kotów z KOTERII
- Królowa Leeloo, która dzięki Koterii ma dom
- Królowa Niutka ze znamienitego rodu Maine Coonów.

31 grudnia 2014

Okołosylwestrowe refleksje Mechatka

Ten felieton jest tak zatytułowany, ponieważ ludzie obchodzą dziś specjalny dzień, który się nazywa Sylwester. Jest on ludziom bardzo potrzebny do tego, żeby zauważyli, że minął stary rok i od jutra będą mieć już nowy, który też będzie trwał cały rok. Jest to bardzo dziwne z punktu widzenia mnie Mechatka, ponieważ koty nie muszą dzielić czasu na różne kawałki i ich specjalnie nazywać, a dzieje się tak dlatego, że nie zauważają, że czas płynie, bo u kotów wszystko się wydarza samo z siebie we właściwej kolejności.

Ludzie tego nie umieją i muszą sobie o tym przypominać, żeby się całkiem nie pogubili. Przypominanie musi być bardzo głośne, bo inaczej ludzie nie zwróciliby na nie uwagi, gdyż w porównaniu z kotami mają bardzo słaby słuch. I to jest najważniejszy powód, który powoduje, że tego dnia ludzie muszą mieć bardzo głośno i to na całym świecie, żeby rok im minął wszystkim równocześnie. Kupują w tym celu różne rzeczy powodujące hałas w specjalnych sklepach z hałasem, a potem ten hałas robią o specjalnej godzinie, która nazywa się północ.

I mnie Mechatkowi się to bardzo nie podoba, chociaż nie osobiście, bo ja Mechatek wiem, że ten hałas jest bardzo daleko, ale wiele kotów tego nie wie i dlatego w Sylwestra się boją.

Ich banie się jest bardzo duże, bo hałas też jest bardzo duży, mniej więcej taki, jakby dziesięć odkurzaczy naraz włączyć w domu, a przecież wiadomo, jak koty reagują na odkurzacz i że to jest dla kota straszliwy stres. Nie wszystkie koty potrafią z odkurzaczami walczyć tak, jak potrafiła Reszka, a na dodatek w tym wypadku się nie da, bo odkurzacz jest blisko i można się na niego rzucić, a na hałas nie. Wobec hałasu można być tylko bezradnym i się go bać oraz schować, na przykład do szafki, do domku, albo na kolanach u swoich ludzi, bo wtedy jest raźniej. Niestety, wielu ludzi tego dnia wychodzi z domu, żeby świętować gdzie indziej i podczas największego hałasu nie ma ich w domu, przez co koty boją się jeszcze bardziej, bo to jest tak, jakby były z dziesięcioma odkurzaczami sam na sam.

Ja Mechatek i New schowane na półce przed odkurzaczem

Jedne koty boją się bardziej, a inne mniej i nie wiadomo, od czego to zależy. U nas w domu na szczęście jest tak, że żadna z nas się do tej pory nie bała i dlatego w Sylwestra nie przeżywamy stresu i to nie tylko ja Mechatek czy New. Nie bała się także Reszka, a nawet moja największa przyjaciółka Sonia.

20 grudnia 2014

Chrupek do chrupka, aż zbierze się kupka!

Proszę Państwa! Lubicie Państwo koty, prawda? I chwytają Was za serca historie o kotach, które nie mają domu? I chcieliby Państwo im pomóc, prawda? Więc ja Mechatek bardzo zapraszam do wspólnego pomagania!


W naszym kraju jest podobno (tak Pani przeczytała) ponad 5 milionów kotów domnych, które mieszkają w swoich domach. Takich, jak ja Mechatek, Niutka czy Leeloo adoptowana w październiku z Koterii.  A ile jest bezdomnych i miejskich, tego nie wie nikt, ale pewnie jeszcze więcej... Pani przeczytała w artykule, że w samej Warszawie, czyli tu, gdzie my mieszkamy, może być ich nawet kilkadziesiąt tysięcy. Tylko w jednym mieście, proszę Państwa!

Na co dzień pomaganiem takim kotom zajmują się specjalne organizacje, składające się z ludzi, którzy też lubią koty i najpierw wyłapują je z ulicy, potem sterylizują, a na koniec szukają im domów i odpowiednich ludzi. I taką organizacją jest właśnie warszawska Koteria.

19 grudnia 2014

Mechatek i Leeloo w jednym stały domu

Bardzo dowolna przeróbka wierszyka Aleksandra Fredry o Pawle i Gawle:

Mechatek i Leloo w jednym stały domu,
Leeloo na górze, Mechatek na dole;
Mechatek, spokojna, nie wadzi nikomu,
a Leeloo najdziksze wymyśla swawole.


Leeloo na górze, Mechatek na dole

15 grudnia 2014

Okrągły jubileusz Mechatka

Dziś Mechatek ma swój jubileusz i to okrągły.
Dlatego oddaje mi na chwilę głos na swoim blogu.

Mech udomowiła się dokładnie 10 lat temu, 15 grudnia 2004 roku. Pisała o tym przy wielu okazjach, na przykład w felietonie pt. 7 udomowiny Mechatka, w którym obie opowiedziałyśmy całą historię o upolowaniu sobie ludzi przez Mechatka na mroźnej ulicy oraz o tym, jak znalazła się u mnie w domu.

Przyznaję, Mech nie zachwyciła mnie ani swoim wyglądem ani zachowaniem. Wyglądała dość pokracznie, była bardzo nieznośnie uparta i zdeterminowana, zwłaszcza w dopominaniu się o pieszczoty i niszczeniu kwiatków, a przy tym żarłoczna. Prawdopodobnie był to efekt życia na ulicy, gdzie jedzenia nigdy nie ma pod dostatkiem. Przyznaję, szukałam dla niej innego domu, bo początkowo trudno było mi ją polubić. Dość szybko zyskała ksywkę "Paskudek", która przylgnęła do niej na długo (wyjaśnienia można znaleźć w felietonie pt. Dlaczego jestem Paskudkiem). Jednak szukałam wyjątkowo nieskutecznie. Mechatek mieszka ze mną do dziś, a przez te lata dużo się zmieniło.To szmat czasu, nie tylko dla kota. Dla człowieka także. W ciągu 10 lat może się zdarzyć wszystko. Odeszła największa przyjaciółka Mechatka Sonia, a w tym roku również Reszka, kot mojego życia. Mechatek przeżyła zamieszkanie z nami New, a niedawno powitała w domu Leeloo.


Mieszkamy od dwóch lat w Warszawie, a Nasz Drugi Człowiek stał się bardzo ważnym członkiem naszego stada. Mechatek zaczęła się myć (więcej w felietonie: Mechatek o higienie w życiu kota), znakomicie opanowała sztukę manipulowania ludźmi oraz umiejętność nierozumienia słowa "nie wolno" (więcej w felietonie Koty i słowa). Czasami dalej wygląda pokracznie i nachalniej niż inne koty dopomina się o jedzenie.

Dziś nie oddałabym jej nikomu i za nic. Mechatek ma wspaniałe serduszko i to jest najważniejsze. Wspiera inne koty w chorobie, biegnie je pocieszać, kiedy trzeba i udowodniła również, że ma dość odwagi, aby rzucić się na Reszkę, gdy ta próbowała na nas warczeć.

Gdyby wtedy nie upolowała sobie ludzi, dziś pewnie już by jej nie było. Ale jest, bo sama o to zawalczyła. I jest dla nas bardzo ważna. Więc teraz my walczymy o nią. I leczymy tego jej chłoniaka (więcej w tekście Diagnoza Mechatka), podając w domu lekarstwa i kroplówki z narażeniem integralności powłok skórnych (bo przecież, jak dawno temu Mechatek sama napisała w felietonie Chore ząbki Mechatka, jest niepodawalna).

Bo najważniejsze widzi się sercem.