Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotki New. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotki New. Pokaż wszystkie posty

1 grudnia 2017

Budząca się z kotami

Był "Tańczący z wilkami" z Kevinem Costnerem, była "Biegąca z wilkami" napisana przez Clarissę Pinkolę Estes, a teraz najwyższy czas na "Budzącą się z kotami" z New i Leeloo w rolach głównych.

Nie wypieramy się bynajmniej tych inspiracji, ale chcemy opowiedzieć własną historię pełną namiętności i zaskakujących zwrotów akcji, w której jest miejsce na walkę, pasję i przebaczenie.

Spójrzcie na obrazek po lewej. Taki widok ujrzałam pewnego poranka, kiedy tuż po sygnale budzika otworzyłam oczy. Obrazek znajomy, spokojny i kojący.

To wrażenie stanowi  znakomity wstęp do historii, którą chcemy wam opowiedzieć oraz najlepszy dowód, jak bardzo życie potrafi nas zaskakiwać

Ta historia rozpoczyna się bowiem już chwilkę później, gdy Leeloo spokojnie śpiąca w nogach łóżka (jak to ma w zwyczaju) nagle spostrzega...



...spostrzega, że z hamaka wiszącego przy łóżku na kaloryferze podnosi się New. New zeskakuje na podłogę i...

Zarówno Leeloo i Niutka, jak i ja jeszcze nie wiemy, że od tego momentu poranek już nigdy nie będzie taki sam.

Tego, co wydarzyło się zaraz po tym, jak New znalazła się na podłodze nie da się łatwo ująć w słowa. Najlepiej będzie, jeśli państwo zobaczycie to sami, a może i posłuchacie, gdyż tylko obraz w połączeniu z dźwiękiem oddaje całą dramaturgię wydarzeń, których z pozoru nic nie zapowiadało, a które jednak się wydarzyły.








Jak wygląda krajobraz po takiej bitwie? Czego możemy się spodziewać? Co dzieje się chwilę potem, gdy kamery zostają wyłączone? Sami spójrzcie.

Oto krajobraz po bitwie.
Oto moc prawdziwej przyjaźni.





















25 października 2017

Niutka już po operacji

Już od pewnego czasu na naszym mechatkowym Facebooku pojawiały się doniesienia, że mam mieć operację i dlatego potrzebne są te wszystkie badania krwi i różne echa serca. Niektórzy mówią na to zabieg, inni operacja, a pani powiedziała, że się nie będziemy o to spierać i zajmować takimi językowymi kwestiami, tylko opiszemy jak jest. Więc spróbuję.

Posiłek po powrocie z lecznicy. Apetyt dopisuje, to dobry znak.


Mam prawie 9 lat i jako jedyny kot w tym domu mam dokumenty na swoją datę urodzenia (18. 11. 2008 r.), które nazywają się rodowód i nie służą do niczego poza tym, żeby je od czasu do czasu wyciągać z półki i dziwić się, a może i zazdrościć, że moi przodkowie są tak doskonale znani aż tyle pokoleń wstecz, a przodkowie Pani i Naszego Drugiego Człowieka zdecydowanie mniej, gdyż oni są z plebsu, a ja jestem prawdziwą szlachcianką.

Ale nie zawsze tak było z moimi dokumentami, ponieważ dawno, dawno temu, za górami, za lasami, kiedy mieszkałyśmy jeszcze w Bielsku-Białej, wydawało się, że mogą się jednak przydać między innymi do tego, żeby moje potomstwo było również rasowe. A to wszystko dlatego, że pochodzę z hodowli, co oznacza, że mam swoje kocie nazwisko, czyli przydomek hodowlany i mogę jeździć na wystawy. Dlatego, kiedy już zostałam kupiona do swojego prawdziwego domu, trzeba mi było wymyślić nowe imię, łatwiejsze do wołania na co dzień niż Levadia of Nemo*PL. Trafiłam tam mając pół roku, a był to dom, w którym mieszkały już 3 inne koty, a mianowicie Reszka, Sonia i Mechatek, a ponieważ byłam tam nowa, to dostałam imię New, które wymawia się Niu, a które po angielsku znaczy właśnie nowa. Z czasem ono się trochę zdrobniło i najczęściej w domu mówi się do mnie Niutka, Niunia kotkowa lub z powodu tego rodowodu Księżniczka Niutkowa.

Domek okazał się najlepszym schronieniem.
Oczka jeszcze oszołomione po narkozie i broda też trochę opada.


Jako kotka idealnie zbudowana i mająca wszystko na swoim miejscu, począwszy od osadzenia uszu na głowie i kształtu załomka na pyszczku, wygrałam jako kocia młodzież nawet konkurs Best in Show, kiedy pojechałam na wystawę z moją hodowczynią, co oznaczało, że prezentuję się doskonale i spełniam wzorzec rasy, a więc jestem piękną koteczką zbudowaną dokładnie tak, jak prawdziwy Maine Coon powinien być zbudowany. I dlatego do swojego nowego domu zostałam sprzedana wraz z uprawnieniami hodowlanymi, bo moja krakowska hodowczyni uważała, że szkoda, żeby się takie wspaniałe geny zmarnowały, więc jeśli tylko by Pani chciała mnie rozmnażać, to jak najbardziej można, a nawet warto.

Kiedy dostałam swoją pierwszą rujkę, Pani zaczęła się rozglądać za jakimś pięknym i równie rasowym księciem dla mnie, a ponieważ znała się trochę na kociej genetyce (bo uznała, że jak się ma rasowego kota, to trzeba o tym trochę wiedzieć, ale również dlatego, że napisała na ten temat mnóstwo artykułów do kociego portalu, który nazywał się Świat Kotów), to chciała, aby po pierwsze był rudy z białymi skarpetkami (bo ja jestem czarna klasycznie pręgowana, więc wtedy byłaby szansa na trójkolorowe kocięta, a takie jej się najbardziej podobają), a po drugie, żeby był duży (gdyż ja jestem raczej drobną przedstawicielką rasy, więc kocięta byłyby nieco większe).

Po drodze okazywały się też inne rzeczy, związane głównie z moim charakterem. Okazało się, przede wszystkim, że jestem nieśmiała i raczej płochliwa, więc wożenie mnie po wystawach, abym otrzymała od sędziów ocenę, dzięki której koci kawalerowie ustawialiby się w kolejce oraz walili drzwiami i oknami, by mieć ze mną miot, byłoby dla mnie mocno stresujące. Z tego najważniejszego powodu Pani bardzo długo rozważała, co zrobić i czy rzeczywiście upierać się przy kociętach. Poza tym hodowla kotów to bardzo drogie hobby, do którego zwykle się dokłada, a wyjście na finansowe zero uważany jest za sukces. A Pani, jak już wspominałam, jest raczej z plebsu, więc na takie ekstrawagancje niespecjalnie ją stać, zwłaszcza, że przecież wtedy miała do utrzymania poza mną jeszcze 3 koty.

Najfajniej jest teraz na hamaku. Bo jest ciepło od kaloryfera. 


No i ostatnia kwestia, która chyba przeważyła szalę. Otóż istniało ryzyko, że mogłabym urodzić dużo kociąt, na przykład osiem. I co wtedy? Przecież nasza hodowla nie była sławna i znana, więc ludzie po te kocięta też wcale nie waliliby drzwiami i oknami. A nawet, gdyby się pojawili chętni, to trzeba by bardzo ich sprawdzać, żeby mieć stuprocentową pewność, że moje niutkowe kocięta trafią do naprawdę dobrych domów. Mogłoby się także okazać, że one wszystkie musiałyby zostać u nas w domu. A Pani z ówczesnym pańciem nawet nie chcieli wyobrażać sobie ośmiu żywiołowych kociąt, a potem dorastających kotów hasających po mieszkaniu i wszystkich półkach w poszukiwaniu odpowiedniej dawki rozrywki. To nie była wizja, która zachęcałaby do realizacji pomysłu z własną hodowlą.

Dlatego stało się jasne, że raczej nic z tego nie będzie. I dlatego trzeba mnie wysterylizować, abym nie męczyła się z rujkami oraz nie zachorowała na ropomacicze. Stało się to jasne już ładnych parę lat temu. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie zostało to zrobione już wtedy i byłoby to jak najbardziej uzasadnione pytanie. Ale Pani mówi, że życie bywa bardziej skomplikowane niż potrafimy sobie wyobrazić i nasze różne postanowienia ma często głęboko w gwieździe śmierci.

Kiedy już było pewne, że nie będzie żadnej hodowli, a zostaną co najwyżej wspomnienia o pięknych przydomkach hodowlanych, których pani wymyśliła całe mnóstwo, w naszym kocim życiu zaczęły się wielkie zmiany. Były one bezpośrednio związane ze zmianami w życiu Pani, która postanowiła przeprowadzić się do Warszawy. Przygotowania do tej rewolucji trwały rok i nie było czasu na zajmowanie się kocimi sprawami, poza tymi, które zajęcia się wymagały pilnie i natychmiast, jak na przykład choroba Soni. Jak pewnie państwo pamiętacie, Sonia nie pojechała z nami do Warszawy, odeszła jeszcze w Bielsku-Białej, mając 14 lat (można o tym poczytać na naszym Facebooku, o tutaj ->).

Do naszego nowego domu, w którym zamieszkałyśmy z Naszym Drugim Człowiekiem, pojechałyśmy we trzy: Reszka, Mechatek i ja Niutka. Było to w 2013 roku. Przeprowadzka i aklimatyzacja w nowym miejscu to również nie był dobry moment na takie kwestie, bo najpierw Pani musiała się sama ogarnąć w nowym mieście, na przykład z pracą i ze swoim nowym kocurem i w ogóle. A kiedy już się ogarnęła, to wtedy zachorowała i odeszła Reszka, która była kotem jej życia. A zaraz potem zachorowała Mechatek, którą Pani i Nasz Drugi Człowiek leczyli przez trzy lata i szczegółowo opisywali na tym blogu. Nie starczało więc ani czasu, ani siły, ani możliwości (w tym finansowych) na cokolwiek innego.

A kiedy zabrakło Mechatka, nasi ludzie zupełnie się rozkleili i musieli dojść do siebie, bo było to dla nich bardzo trudne, podobnie jak dla nas, czyli dla Leeloo, która zamieszkała z nami po śmierci Reszki i mnie. A to ich dochodzenie do siebie trochę trwało, bo Mechatek okazała się znacznie ważniejsza niż ktokolwiek śmiał przypuszczać.

I dlatego zarówno ja, jak i Leeloo, musiałyśmy poczekać. Aż wreszcie nadszedł nasz czas. I teraz Pani i Nasz Drugi Człowiek ogarniają nas. Co wcale nie jest super. Zupełnie nie jest super. Od dwóch miesięcy jeździmy do lecznicy i to wcale nie jest przyjemne. Bo trzeba wszystko skontrolować, porobić nam badania krwi, zaszczepić i ogarnąć to, co ogarnięcia wymaga. A więc w przypadku Leeloo: tę jej sterylizację, podczas której zachował się fragment tkanki hormonalnie czynnej i dlatego ma nieustannie powiększone gruczoły mleczne, a w moim... sterylizację, na którą czekam już tak długo.

Jak się państwo domyślacie po zdjęciach, właśnie mi ją zrobili. A o tym, jak znoszę rekonwalescencję i co jeszcze trzeba nam zrobić wokół zdrowia (a trzeba jeszcze sanację jam pyszczkowych), to ja napiszę już w następnym poście.

Wasza New.

ps. Więcej zdjęć na ten temat znajdziecie państwo wieczorem na naszym fanpejdżu mechatki ->


7 grudnia 2015

Na czym polega zdrowy egoizm



A tutaj ja Mechatek i Niutka na zdjęciu, które Pani wykorzystała, jako ilustrację na swojej stronie, która nazywa się Elżbieta Grabarczyk Pracownia Pomocy Psychologicznej SALAMANDRA do pokazania, na czym polega "zdrowy egoizm".


Chodzi o to, żeby chrupek i miejsca starczyło dla wszystkich, co się nazywa równowaga. I jeszcze podaję specjalny sznureczek do całego artykułu:

http://ppp-salamandra.blogspot.com/2015/12/egoizm-altruizm.html

Chchchchrrr!

ps. Na szczęście u nas w domu nie ma skrajnych egoistów ani skrajnych altruistów. Ani wśród kotów, ani wśród ludzi.

13 listopada 2014

Nasze stado

A dzisiaj ja Mechatek chciałabym przedstawić Państwu całe nasze stado, czyli osoby kocie, które go obecnie tworzą, razem z tymi osobami kocimi, które tworzyły go przez wiele lat, a teraz już ich nie ma. O osobach ludzkich, czyli o Pani i o Naszym Drugim Człowieku będzie osobno, gdyż oni, chociaż są w stadzie bardzo ważni, to jednak należą do innego gatunku. Więc w kolejności przybycia było to tak:

Pierwsza była Reszka, na której Pani wszystkiego się uczyła. Interakcje z Reszką były bardzo pouczające, gdyż miała ona nieobliczalny charakter. Ponieważ Reszka zamieszkała w naszym domu jako pierwsza, to była szefową, więc wychowywała mnie Mechatka łapką pac! pac! oraz Sonię, która z powodu takich metod wychowawczych zrobiła się bardzo nieśmiała. Reszka została udomowiona ze schroniska w Bielsku-Białej i przeżyła z Panią aż 16 lat.

Reszka
14. 09. 1998 - 05. 10. 2014

18 października 2014

Niutka - piratka

W związku z tym, że New bardzo się stresowała sytuacją u nas w domu, zrobiły jej się na futerku łyse placki, które na dodatek sobie rozdrapywała. I dlatego pani poszła z nią do przychodni i New dostała lekarstwa. Jedno do jedzenia, które jej bardzo smakowało, a drugie do psikania na kark i szyję. Chrupki rzeczywiście były bardzo smaczne, co ja Mechatek stwierdziłam osobiście. A lekarstwo psikające, chociaż wydawało okropny dźwięk, okazało się skuteczne i Niutce się te zadrapania zagoiły.

W trakcie kuracji New musiała chodzić w specjalnej czerwonej chusteczce na szyi, żeby nie jej nie rozdrapywać bardziej i nie wylizywać się z lekarstwa. Specjalną chusteczkę podarował jej Nasz Drugi Człowiek, któremu wcześniej też służyła do ochrony, tyle że głowy przed słońcem, jak w lecie pływał na łódce. No, ale więcej już mu do ochrony nie będzie raczej służyła, ponieważ Niutka za pomocą swoich pazurów, które są ogromne, gdyż Niutka jest majnkunem, zrobiła z niej dziurawy strzępek, jak to określiła pani.

Ale zanim to się stało, Nasz drugi Człowiek zrobił New kilka zdjęć w tej chusteczce, co się fachowo nazywa stylizacja, więc Państwo sobie mogą zobaczyć, jak wyglądała Niutka - piratka. O, proszę:

24 września 2014

A może do lasu?

A może, żeby New się tak tym wszystkim nie stresowała, ludzie powinni zabrać ją na spacer do lasu? Podobno kontakt z przyrodą dobrze działa, a Niutka bardzo lubiła te spacery. I jest smyczowa, jak widać.




28 lipca 2014

Skrawki urlopu

W tym roku w związku z sytuacją kocią nie udało nam się wyjechać nigdzie na dłużej. Jednak te skrawki urlopu, które łapaliśmy między wizytami w lecznicy, podawaniem leków itp. to był fajny czas. A do Wisły i do Zamościa wybierzemy się kiedy indziej.



21. 07. 2014
Czwarta chemioterapia Reszki.

Mina mówi sama za siebie - przed chwilą Reszka 
upierdzieliła doktora Jagielskiego, a swoją smycz 
postanowiła trzymać sama.


25. 07. 2014
USG Mechatka. 

Już wiemy, że te przewlekłe biegunki 
to nie żarty i trzeba będzie zrobić operację. 
Ustalamy termin na 1 sierpnia. Przy okazji, 
z powodu tej macicy 
Mech zostanie wysterylizowana, 
a jeśli się uda 
(czyli dobrze będzie znosić narkozę) 
zostanie wykonana również 
 sanacja jamy ustnej, 
czyli usunięcie zepsutych ząbków.
25. 07. 2014
Mechatek w drodze powrotnej z USG 

na rękach swojego Drugiego Człowieka.


20 grudnia 2013

Mechatek o tym, że jest szacowna jubilatką



Wszystko zaczęło się od tego, że kilka dni temu Pani powiedziała, że ja Mechatek jestem szacowną jubilatką.

Bycie szacowną jubilatką polega na tym, że kończy się 9 lat i od tej pory należy zachowywać się jak poważna kocica, a w domu odbywa się uczta.

Jeśli chodzi o uczty, ja Mechatek uważam, że mogą się odbywać codziennie, niekoniecznie z powodu zostania jubilatką przez którąś z nas, ale zachowywanie się jak poważna kocica mi się nie podoba, zwłaszcza że nie wiem, na czym ono polega. Ludzie mają takie specjalne tabelki, w którym można zobaczyć, jaki jest wiek kota w przeliczeniu na wiek człowieka i Pani sprawdziła, że ja Mechatek mam według nich 55 lat, czyli jestem starsza nawet od Pani i Naszego Drugiego Człowieka, co zobowiązuje. Ja Mechatek nie wiem do czego, ale Pani mówi, że nie powinnam się tym przejmować, bo sprawa wieku nie sprowadza się do cyferek.


Na szczęście Pani ma w domu półkę, na której stoją książki jej ulubionego autora, który nazywa się Terry Pratchett i które Pani traktuje tak, jak ja Mechatek smakołyki, co oznacza, że mogłaby je pochłaniać codziennie w dowolnych ilościach. U nas w domu mówi się na nie „pratchetty”. W jednym z „pratchettów” Pani znalazła mądre zdanie i teraz ja Mechatek je zacytuję, bo ono ma odniesienie i wiele wyjaśnia, zwłaszcza to, że bycie jubilatką spada na człowieka i kota bardzo niespodziewanie.:
„(…) W środku każdego starego człowieku siedzi młody człowiek i zastanawia się, co się stało.”

Odniesienie jest takie, że Pani popatrzyła na mnie Mechatka i powiedziała do Naszego Drugiego Człowieka: W niedzielę Mechatek będzie miała swoje dziewiąte Udomowiny. To chyba oznacza, że jest poważną kocicą. A zupełnie nie wygląda i się nie zachowuje.
Ale nie ja jedna. Na przykład Reszka, która jest szefową i ma już 15 lat, a w przeliczeniu na ludzkie 74 lata, a nadal ma nieobliczalny charakter i potrafi zrobić salto w powietrzu podczas zabawy w rzucanie myszki. A Niuta, która ma 5 lat, według ludzkiej tabelki ma ich aż 40. Niuta jest majnkunem i podobno majnkuny poważnieją po ukończeniu 3 kocich lat, ale w jej przypadku się to zupełnie nie sprawdziło i nadal naskakuje na mnie z góry. Ale w naszym stadzie to rodzinne, bo Pani mówi, że ona też nie czuje się kobietą w swoim wieku. Więc ja Mechatek nie mam na punkcie swojego wieku żadnych kompleksów i na żadnym innym punkcie też.

Moim Mechatka zdaniem, bycie poważną kocicą polega nie na zachowaniu, ale na mądrości. Kocia mądrość oznacza, że kot wie, co jest w życiu najważniejsze, a ja Mechatek wiem to doskonale. Najważniejsze jest posiadanie własnego domu i własnych ludzi, żeby było jedzenie w miseczce i dużo miziania i żeby od czasu do czasu zdarzały się jakieś smakołyki. Takie rzeczy nazywają się priorytety. Warunkiem jedzenia i miziania jest punkt pierwszy, o który ja Mechatek zadbałam na samym początku, kiedy upolowałam sobie ludzi na ulicy 9 lat temu, o czym napisałam już kiedyś w felietonie pod tytułem Udomowiny Mechatka. Było to najważniejsze wydarzenie w całym moim kocim życiu, bo gdyby nie nastąpiło, to prawdopodobnie mnie Mechatka już by w ogóle nie było i dlatego należy je uroczyście obchodzić.

Moje 9 Udomowiny były obchodzone bardzo uroczyście. Pani siedziała na wersalce i rozdawała z talerzyka kawałki ugotowanego kurczaka, dbając, żeby było sprawiedliwie i żeby Reszka nie wyżarła całej uczty, a my trzy czyli Reszka, ja Mechatek i Niuta kłębiłyśmy się przy niej, próbując zrobić tak, żeby było chociaż troszkę niesprawiedliwie i dostać kawałek poza kolejnością. A potem Pani trzymała mnie na rękach i mówiła do mnie miłe słowa oraz miziała.

Jeśli na tym ma polegać bycie poważną kocicą, to bardzo mi się podoba i mogę zostawać jubilatką codziennie. Chchchrrr!

24 października 2013

Mechatek o tym, jak się zaprzyjaźniła z New



Proszę Państwa! Zaprzyjaźnianie się jest długim procesem.


Proces to jest takie mądre określenie na to, że żeby się zaprzyjaźnić trzeba dużo czasu i jeszcze oswajania się ze sobą, bo sam czas nie wystarczy. Ja Mechatek jestem autorytetem i dlatego muszę używać mądrych wyrazów, a jestem autorytetem ponieważ zaprzyjaźniam się łatwo ze wszystkimi. Ludzie z zaprzyjaźnianiem się mają trudniej od kotów, bo żeby się zaprzyjaźnić muszą zjeść razem beczkę soli, co musi być bardzo niesmaczne, o czym wiem, bo kiedyś spróbowałam posolonego serka do kanapek i więcej nie chcę.


Na szczęście koty nie muszą jeść soli, za to muszą się oswoić i polubić, i wiele razy zjeść z jednej miseczki albo talerzyka, co zabiera trochę czasu oraz nerwów.
I teraz ja Mechatek opowiem o zaprzyjaźnianiu się na przykładzie New.
Dopóki u nas w domu nie zamieszkała New, co miało miejsce już kilka lat temu miałam dwie największe przyjaciółki, czyli Sonię, która była moją pierwszą największą przyjaciółką oraz Reszkę, która jest najważniejsza w całym domu, bo jest szefową, więc przyjaźnienie się z nią ma ogromne znaczenie, gdyż wtedy nie jest się przez nią napadanym i gryzionym, a przynajmniej nie tak często. Ja Mechatek zaprzyjaźniam się łatwo, ponieważ mam dobry charakter, który objawia się tym, że się nie obrażam i na nikogo nie napadam oraz potrafię ustąpić, zwłaszcza Reszce przy miseczce, a z moją pierwszą największą przyjaciółką Sonią potrafiłam nawet jeść z jednej miseczki. I to się nazywa, że jestem zupełnie niekonfliktowa.

Ale jak u nas w domu zamieszkała New, to się na początku wcale nie zanosiło, że się zaprzyjaźnimy, a Pani mówi, że „się działo, oj działo” oraz „kto by pomyślał, że Mechatek jest taka waleczna”.

Ja Mechatek wcale nie byłam waleczna, tylko wpadłam w histerię, bo kto to widział, żeby nagle w domu pojawił się kolejny kot i to tak znienacka. Więc natychmiast uciekłam za szafkę, żeby się schować i nie pozwalałam się stamtąd wyciągnąć, chociaż Pani próbowała, ale wtedy wyłam, plułam i charczałam, żeby pokazać, co o tym wszystkim myślę. A najgorsze było to, że New miauczała całkiem inaczej niż my i w ogóle nie można jej było zrozumieć, a to wszystko dlatego, że jest rasowa i nie wychowywała się z kotami tylko z majnkunami, które są tak samo wielkie jak ona i mają dużo futra. I jeszcze dlatego, że chociaż miała tylko sześć miesięcy, to już była większa od wszystkich dorosłych dziewcząt u nas w domu, co powodowało, że czułam zgrozę i ją objawiałam jak umiałam, czyli wyciem, pluciem i charczeniem.

Więc najpierw przez tydzień New mieszkała w osobnym pokoju, żebyśmy się przyzwyczaiły do jej zapachu, bo z kotami nie można nic na siłę. A jak ja przestałam już wyć, z czego Pani wywnioskowała, że się trochę przyzwyczaiłam, to można było zacząć nas spotykać wszystkie razem, żebyśmy się ze sobą oswajały. I najpierw było ostrożne omijanie się, a potem spotykanie się noskami w celu obwąchiwania się. I ja najpierw wtedy uciekałam, a potem przestałam uciekać, bo się okazało, że New chociaż jest taka duża, to wcale nie jest groźna, bo majnkuny są najłagodniejszą rasą na świecie. Jednak od tego, że się nie ma na czyjś widok histerii do zaprzyjaźnienia droga jest daleka, ale na szczęście nastąpił przełom i od tego się wszystko zaczęło.

Przełom polegał na tym, że New zachorowała. I trzeba z nią było pojechać do pana doktora, a później musiała mieć kroplami zakrapiane oczy i brać antybiotyki do pyszczka, co było bardzo nieprzyjemne, a ja Mechatek poznałam to po tym, że bardzo piszczała, a koty piszczą jak są nieszczęśliwe. A ja mam nie tylko dobry charakter, ale także wielkie serduszko, tak Pani mówi, więc jak New była nieszczęśliwa, to przychodziłam do niej i ją lizałam po główce, tak samo jak moją pierwszą największą przyjaciółkę Sonię, gdy była chora. I od tego zaczęła się nasza wielka przyjaźń.

Nasza wielka przyjaźń polega teraz na tym, że razem się bawimy bawidełkiem z piórek i piłeczkami i razem szukamy myszki w zabawie GDZIE JEST MYSZKA, która polega na chowaniu myszki pod szafką, a następnie jej wyciąganiu, i o której napiszę innym razem, a Pani mówi wtedy o mnie: „Jaka ona szybka”. I potrafimy też razem się bawić zabawkami ze sklepu, które polegają na popychaniu kulki łapką, żeby się toczyła, więc popychamy kulkę po dwóch stronach tunelu, raz ja do New, a raz New do mnie, a kulka się toczy i tak odbijamy kulkę do siebie, a ja jeszcze na dodatek ganiam za kulką cały czas. I jeszcze potrafimy razem spać zwinięte w kłębuszki obok siebie na żółtym kocyku albo na drapaku, co jest wielkim objawem przyjaźni oraz razem obserwujemy ptaki. I umiem jeść z New z jednego talerzyka albo miseczki, co wcale nie jest trudne, ponieważ ja Mechatek potrafię jeść z jednego talerzyka z każdym, chyba że mnie Reszka odgoni, ale jest bardzo ważnym elementem przyjaźnienia się.

No i teraz jest tak, że New jest moją kolejną największą przyjaciółką i wcale mi nie przeszkadza, że miauczy całkiem inaczej, ani że czasami mnie gania, ani nawet że jest rasowa i przez to trzy razy większa niż ja Mechatek, bo to przecież nie jest jej wina, tylko tego, że ma te wszystkie papiery. I to się nazywa akceptacja, która nie tylko w przyjaźni kocio-kociej jest najważniejsza.
Mechatek

1 października 2013

Mechatek o potworach i wielkiej łagodności Niutki



Ten felieton jest ku przestrodze i żeby ludzie bardzo uważali.

Pani mówi, żebym dodała, że dotyczy to zwłaszcza tych ludzi, którzy od czasu do czasu zabierają swoje koty na spacery do lasu albo na łąkę, tak jak Niutę i mnie Mechatka, albo pozwalają im wychodzić do ogródka, jak mają. I jeszcze powinni uważać tacy ludzie, którzy byli w lesie nawet bez kota, bo z tego lasu mogą przynieść do domu na ubraniu POTWORA. Ponieważ, proszę państwa, sezon na POTWORY się powoli kończy, ale w przyszłym roku będzie znowu i trzeba zawczasu się do tego nastawić.

To słowo trzeba pisać wielkimi literami, bo kiedy pani je wypowiada to zawsze krzyczy: POTWÓR! POTWÓR! i zaraz się robi wielkie zamieszanie w całym domu, bo POTWORA trzeba natychmiast usunąć, żeby nie narobił szkód, czyli na przykład groźnych chorób ludziom albo kotom. Pani tak krzyczy, ponieważ osobiście miała do czynienia z POTWORAMI tylko dwa razy w życiu i się nie oswoiła i nie nauczyła, jak je usuwać, więc jest wtedy wielkie przerażenie, bo co innego oglądać POTWORY na obrazkach w książce, a co innego na żywe oczy we własnym domu i do tego na Niutce.

U nas w domu taka sytuacja miała miejsce raz, kiedy Niutka leżała sobie spokojnie na fotelu, a pani podeszła ją pogłaskać i nagle zaczęła ją głaskać coraz szybciej i to po całym futerku i je rozgarniać, a zwłaszcza na pyszczku między wąsami i zaczęła krzyczeć że ona nie umie czegoś takiego wyciągnąć, boi się, nigdy żywego nie widziała, POTWÓR! POTWÓR! A POTWÓR był przyczepiony do pyszczka Niutki, trzeba go było wyciągnąć go specjalnymi szczypcami i wyrzucić do ludzkiej kuwety, a potem przytknąć do pyszczka Niutki wacik z płynem, który nieładnie pachniał, co się nazywało odkażanie i już było po wszystkim.

I zrobiła się bardzo nerwowa atmosfera, a my przyglądałyśmy się temu wszystkiemu z kącika, bo pani krzyczy rzadko i to zawsze oznacza, że stało się coś groźnego, więc lepiej wtedy nie podchodzić i się schować. Ale w związku z tym, że POTWÓR został wykryty na jednym kocie, to trzeba było sprawdzić nas wszystkie, więc zaraz potem pani dokładnie sprawdziła nasze futerka, co było bardzo miłe, bo w nich gmerała i rozgarniała, co ja Mechatek bardzo lubię i nawet Reszka na to sprawdzanie pozwoliła. I na szczęście okazało
się, że więcej POTWORÓW nie ma.

Kiedy już POTWÓR został usunięty z niutkowego pyszczka, pani potem długo siedziała, patrzyła na Niutkę, wzdychała i się zachwycała, jakim Niutka jest cudownym i łagodnym kotem, bo nawet nie pisnęła ani nie zmieniła pozycji, tylko drzemała sobie dalej i nawet muczała, jakby nigdy nic. I że to dobrze, że Niutka jest majnkunem, bo dzięki temu ma taki spokojny charakter, a przecież jakby POTWÓR przyczepił się do Reszki, to pewnie musiałoby się skończyć narkozą u pana doktora, bo tylko wtedy Reszka pozwoliłaby sobie POTWORA wyciągnąć.

A drugi raz, kiedy pani miała do czynienia z POTWOREM, zdarzył się podczas wyjazdu pani, tylko tym razem POTWÓR wczepił się w panią i wyciągała go pani przyjaciółka, ale pani krzyczała tak samo.

I oba te razy zdarzyły się, jak pani była w lesie, co oznacza, że to ona przyniosła POTWORY na ubraniu. I dlatego ja Mechatek chciałabym wszystkim ludziom przypomnieć, że kiedy wracają do domu ze spacerów po lesie, to powinni sprawdzać swoje ubrania, czy się w nich POTWÓR nie zagnieździł, a także futerka swoich kotów i to dokładnie. A jeśli znajdą POTWORA, to należy go natychmiast dokładnie wyciągnąć i wyrzucić, odkazić to miejsce płynem, który nieładnie pachnie i kota pogłaskać. Ale krzyczeć tak, jak pani przy tym krzyczy, już nie trzeba, bo to jest nieobowiązkowe.

Ja Mechatek chciałabym powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz, a mianowicie, że żeby mieć taki łagodny charakter jak Niutka, wcale nie trzeba być majnkunem, wystarczy być mną Mechatkiem, bo ja też bym sobie pozwoliła, zwłaszcza że podczas wyciągania POTWORA jest mnóstwo głaskania, miziania i ludzie mówią do kota miłym głosem. A na dodatek potem się jeszcze kotem zachwycają, więc ja Mechatek też bym wtedy mruczała i była spokojna, żeby się mną zachwycali...

20 grudnia 2012

Mechatek o tym, że zima jest znowu



Bo ona jest, proszę państwa, co roku. I znowu przyszła, a nawet raz był mróz, o czym ja Mechatek wiem, bo pani o tym powiedziała, jak wróciła do domu z pracy.

I chociaż pani mówi, że przecież ja Mechatek napisałam już kiedyś artykuł o zimie i że tematy felietonów nie powinny się powtarzać, bo się moi mechatkowi czytelnicy znudzą, to ja Mechatek uważam, że to jest temat tak ważny, że nic nie szkodzi, że się powtórzy. Bo po pierwsze o tym, jak straszna jest zima pisałam dawno temu, a po drugie od tamtego czasu nic się nie zmieniło, ponieważ nadal jest bardzo dużo kotów bezdomnych, które nie mają swojego człowieka, swojego domu i jest im bardzo zimno, zwłaszcza jak się zrobi mróz, a w tym roku przecież już się raz zrobił.

Ja Mechatek się dowiedziałam, że w naszym kraju jest około 5 milionów kotów, które mieszkają z ludźmi, czyli domnych, takich jak Reszka, Sonia, ja Mechatek i Niuta. A ile jest bezdomnych nie wie nikt, ale pewnie bardzo dużo i to jeszcze więcej niż domnych. Kot powinien oglądać zimę tylko przez okno, a nie spotykać się z nią nos w nos, ale niestety koty bezdomne nie mają swojego domu i przez to nie maja też swoich okien. A każdego roku ich przybywa, ponieważ nie są wysterylizowane i się rozmnażają, czego my cztery nie robimy. Dlatego ten temat jest aktualny za każdym razem, kiedy jest zima.

Wszyscy już wiedzą, że ja Mechatek zaczynam swoje felietony od „proszę państwa!”, kiedy mam coś ważnego do powiedzenia, bo dzięki temu ludzie zwracają na to uwagę. Tym razem powinnam była zacząć od cztery razy „proszę państwa”, żeby ludzie zrozumieli, jak ważne jest zimą dbanie o bezdomne koty. Inaczej one wszystkie zmarzną albo nawet całkiem zamarzną i będą głodne. A do tego nie wolno dopuścić. Najlepiej by było, gdyby wszystkie koty miały swoje domy, ale ponieważ jest to niemożliwe, to trzeba dbać tak, jak się da na wszystkie możliwe sposoby.

I teraz przypomnę sposoby, jak można tym kotom, które nie maja własnego człowieka pomagać. Pani mówi, że najlepiej będzie w podpunktach, no to będzie:

  • Zostać człowiekiem dla takiego kota i zabrać go do domu na zawsze.
  • Znaleźć takiemu kotu dom, w którym będzie mógł zostać na zawsze.
  • Sterylizować koty, żeby nie robiło się ich więcej, bo wtedy będzie trudniej znaleźć dla nich domu, a bezdomnych jest już wystarczająco dużo i więcej nie trzeba.
  • Wystawiać miseczki z jedzeniem i wodą, żeby takie koty miały co jeść, bo zimą trudno się poluje.
  • Zrobić dla takich kotów ciepłe domki, żeby miały się gdzie schować przed mrozem i śniegiem na noc.

Zostawiać otwarte okienka do piwnic, żeby bezdomne koty miały schronienie.
I może się to komuś wydawać niedużo, ale to jest bardzo dużo i może kotom bezdomnym uratować życie. Ja Mechatek miałam mnóstwo szczęścia, bo mnie spotkał punkt pierwszy, ale gdybym nie miała szczęścia, to bym marzła i chodziła głodna do tej pory czyli już osiem lat, albo by mnie w ogóle nie było.

I jeszcze na sam koniec chciałabym przypomnieć o tym, że jest się na zawsze odpowiedzialnym za to, co się oswoiło. A skoro ludzie nas oswoili, to są za nas odpowiedzialni, nawet jeśli to się stało parę tysięcy lat temu. Pani mówi, że moi czytelnicy będą wiedzieli, że to jest cytat i z czego i że ja Mechatek nie muszę im przypominać. Więc tylko przypomnę, że to jest bardzo ważne, proszę państwa.

10 czerwca 2009

O New na Unitedcats

W maju zamieszkała z nami piękna kotka rasy maine coon. Pochodzi z podkrakowskiej hodowli Nemo (www.nemo.org.pl) pani Ireny Borowik. Ma na imię Levada, a po domowemu wołamy na nią New (bo jest nowa) i już po dwóch tygodniach polubiła brzmienie (nju, nju) swojego imienia. Była wtedy sześciomiesięcznym kociakiem i już była większa od naszych pozostałych bardzo dorosłych kotek. Na szczęście jest bardzo łagodna i spokojna, bo gdy dorośnie będzie miała około 6? 7? 8? kilogramów.

Maine coony to jedna z największych ras kotów domowych... Jest czarna - klasycznie pręgowana.