25 października 2017

Niutka już po operacji

Już od pewnego czasu na naszym mechatkowym Facebooku pojawiały się doniesienia, że mam mieć operację i dlatego potrzebne są te wszystkie badania krwi i różne echa serca. Niektórzy mówią na to zabieg, inni operacja, a pani powiedziała, że się nie będziemy o to spierać i zajmować takimi językowymi kwestiami, tylko opiszemy jak jest. Więc spróbuję.

Posiłek po powrocie z lecznicy. Apetyt dopisuje, to dobry znak.


Mam prawie 9 lat i jako jedyny kot w tym domu mam dokumenty na swoją datę urodzenia (18. 11. 2008 r.), które nazywają się rodowód i nie służą do niczego poza tym, żeby je od czasu do czasu wyciągać z półki i dziwić się, a może i zazdrościć, że moi przodkowie są tak doskonale znani aż tyle pokoleń wstecz, a przodkowie Pani i Naszego Drugiego Człowieka zdecydowanie mniej, gdyż oni są z plebsu, a ja jestem prawdziwą szlachcianką.

Ale nie zawsze tak było z moimi dokumentami, ponieważ dawno, dawno temu, za górami, za lasami, kiedy mieszkałyśmy jeszcze w Bielsku-Białej, wydawało się, że mogą się jednak przydać między innymi do tego, żeby moje potomstwo było również rasowe. A to wszystko dlatego, że pochodzę z hodowli, co oznacza, że mam swoje kocie nazwisko, czyli przydomek hodowlany i mogę jeździć na wystawy. Dlatego, kiedy już zostałam kupiona do swojego prawdziwego domu, trzeba mi było wymyślić nowe imię, łatwiejsze do wołania na co dzień niż Levadia of Nemo*PL. Trafiłam tam mając pół roku, a był to dom, w którym mieszkały już 3 inne koty, a mianowicie Reszka, Sonia i Mechatek, a ponieważ byłam tam nowa, to dostałam imię New, które wymawia się Niu, a które po angielsku znaczy właśnie nowa. Z czasem ono się trochę zdrobniło i najczęściej w domu mówi się do mnie Niutka, Niunia kotkowa lub z powodu tego rodowodu Księżniczka Niutkowa.

Domek okazał się najlepszym schronieniem.
Oczka jeszcze oszołomione po narkozie i broda też trochę opada.


Jako kotka idealnie zbudowana i mająca wszystko na swoim miejscu, począwszy od osadzenia uszu na głowie i kształtu załomka na pyszczku, wygrałam jako kocia młodzież nawet konkurs Best in Show, kiedy pojechałam na wystawę z moją hodowczynią, co oznaczało, że prezentuję się doskonale i spełniam wzorzec rasy, a więc jestem piękną koteczką zbudowaną dokładnie tak, jak prawdziwy Maine Coon powinien być zbudowany. I dlatego do swojego nowego domu zostałam sprzedana wraz z uprawnieniami hodowlanymi, bo moja krakowska hodowczyni uważała, że szkoda, żeby się takie wspaniałe geny zmarnowały, więc jeśli tylko by Pani chciała mnie rozmnażać, to jak najbardziej można, a nawet warto.

Kiedy dostałam swoją pierwszą rujkę, Pani zaczęła się rozglądać za jakimś pięknym i równie rasowym księciem dla mnie, a ponieważ znała się trochę na kociej genetyce (bo uznała, że jak się ma rasowego kota, to trzeba o tym trochę wiedzieć, ale również dlatego, że napisała na ten temat mnóstwo artykułów do kociego portalu, który nazywał się Świat Kotów), to chciała, aby po pierwsze był rudy z białymi skarpetkami (bo ja jestem czarna klasycznie pręgowana, więc wtedy byłaby szansa na trójkolorowe kocięta, a takie jej się najbardziej podobają), a po drugie, żeby był duży (gdyż ja jestem raczej drobną przedstawicielką rasy, więc kocięta byłyby nieco większe).

Po drodze okazywały się też inne rzeczy, związane głównie z moim charakterem. Okazało się, przede wszystkim, że jestem nieśmiała i raczej płochliwa, więc wożenie mnie po wystawach, abym otrzymała od sędziów ocenę, dzięki której koci kawalerowie ustawialiby się w kolejce oraz walili drzwiami i oknami, by mieć ze mną miot, byłoby dla mnie mocno stresujące. Z tego najważniejszego powodu Pani bardzo długo rozważała, co zrobić i czy rzeczywiście upierać się przy kociętach. Poza tym hodowla kotów to bardzo drogie hobby, do którego zwykle się dokłada, a wyjście na finansowe zero uważany jest za sukces. A Pani, jak już wspominałam, jest raczej z plebsu, więc na takie ekstrawagancje niespecjalnie ją stać, zwłaszcza, że przecież wtedy miała do utrzymania poza mną jeszcze 3 koty.

Najfajniej jest teraz na hamaku. Bo jest ciepło od kaloryfera. 


No i ostatnia kwestia, która chyba przeważyła szalę. Otóż istniało ryzyko, że mogłabym urodzić dużo kociąt, na przykład osiem. I co wtedy? Przecież nasza hodowla nie była sławna i znana, więc ludzie po te kocięta też wcale nie waliliby drzwiami i oknami. A nawet, gdyby się pojawili chętni, to trzeba by bardzo ich sprawdzać, żeby mieć stuprocentową pewność, że moje niutkowe kocięta trafią do naprawdę dobrych domów. Mogłoby się także okazać, że one wszystkie musiałyby zostać u nas w domu. A Pani z ówczesnym pańciem nawet nie chcieli wyobrażać sobie ośmiu żywiołowych kociąt, a potem dorastających kotów hasających po mieszkaniu i wszystkich półkach w poszukiwaniu odpowiedniej dawki rozrywki. To nie była wizja, która zachęcałaby do realizacji pomysłu z własną hodowlą.

Dlatego stało się jasne, że raczej nic z tego nie będzie. I dlatego trzeba mnie wysterylizować, abym nie męczyła się z rujkami oraz nie zachorowała na ropomacicze. Stało się to jasne już ładnych parę lat temu. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie zostało to zrobione już wtedy i byłoby to jak najbardziej uzasadnione pytanie. Ale Pani mówi, że życie bywa bardziej skomplikowane niż potrafimy sobie wyobrazić i nasze różne postanowienia ma często głęboko w gwieździe śmierci.

Kiedy już było pewne, że nie będzie żadnej hodowli, a zostaną co najwyżej wspomnienia o pięknych przydomkach hodowlanych, których pani wymyśliła całe mnóstwo, w naszym kocim życiu zaczęły się wielkie zmiany. Były one bezpośrednio związane ze zmianami w życiu Pani, która postanowiła przeprowadzić się do Warszawy. Przygotowania do tej rewolucji trwały rok i nie było czasu na zajmowanie się kocimi sprawami, poza tymi, które zajęcia się wymagały pilnie i natychmiast, jak na przykład choroba Soni. Jak pewnie państwo pamiętacie, Sonia nie pojechała z nami do Warszawy, odeszła jeszcze w Bielsku-Białej, mając 14 lat (można o tym poczytać na naszym Facebooku, o tutaj ->).

Do naszego nowego domu, w którym zamieszkałyśmy z Naszym Drugim Człowiekiem, pojechałyśmy we trzy: Reszka, Mechatek i ja Niutka. Było to w 2013 roku. Przeprowadzka i aklimatyzacja w nowym miejscu to również nie był dobry moment na takie kwestie, bo najpierw Pani musiała się sama ogarnąć w nowym mieście, na przykład z pracą i ze swoim nowym kocurem i w ogóle. A kiedy już się ogarnęła, to wtedy zachorowała i odeszła Reszka, która była kotem jej życia. A zaraz potem zachorowała Mechatek, którą Pani i Nasz Drugi Człowiek leczyli przez trzy lata i szczegółowo opisywali na tym blogu. Nie starczało więc ani czasu, ani siły, ani możliwości (w tym finansowych) na cokolwiek innego.

A kiedy zabrakło Mechatka, nasi ludzie zupełnie się rozkleili i musieli dojść do siebie, bo było to dla nich bardzo trudne, podobnie jak dla nas, czyli dla Leeloo, która zamieszkała z nami po śmierci Reszki i mnie. A to ich dochodzenie do siebie trochę trwało, bo Mechatek okazała się znacznie ważniejsza niż ktokolwiek śmiał przypuszczać.

I dlatego zarówno ja, jak i Leeloo, musiałyśmy poczekać. Aż wreszcie nadszedł nasz czas. I teraz Pani i Nasz Drugi Człowiek ogarniają nas. Co wcale nie jest super. Zupełnie nie jest super. Od dwóch miesięcy jeździmy do lecznicy i to wcale nie jest przyjemne. Bo trzeba wszystko skontrolować, porobić nam badania krwi, zaszczepić i ogarnąć to, co ogarnięcia wymaga. A więc w przypadku Leeloo: tę jej sterylizację, podczas której zachował się fragment tkanki hormonalnie czynnej i dlatego ma nieustannie powiększone gruczoły mleczne, a w moim... sterylizację, na którą czekam już tak długo.

Jak się państwo domyślacie po zdjęciach, właśnie mi ją zrobili. A o tym, jak znoszę rekonwalescencję i co jeszcze trzeba nam zrobić wokół zdrowia (a trzeba jeszcze sanację jam pyszczkowych), to ja napiszę już w następnym poście.

Wasza New.

ps. Więcej zdjęć na ten temat znajdziecie państwo wieczorem na naszym fanpejdżu mechatki ->


20 sierpnia 2017

Miejsce po Mechatku

Minął już ponad miesiąc, odkąd nie ma Mechatka. Mimo niewielkich rozmiarów (zaledwie 2,55 kg w porywach) zostawiła po sobie w naszych sercach ogromną dziurę. Bardzo nam jej brakuje. Była kotką bardzo mocno obecną w naszej codzienności i to nie tylko przez ostatnie 3 lata, kiedy walczyliśmy z jej chorobą. Wchodziła w relacje z ogromnym zaangażowaniem, więc stworzone z nią więzi były niesamowicie intensywne i głębokie. To dlatego jej nieobecność jest tak dotkliwa.

Za każdym razem, kiedy przechodzę ulicą Częstochowską, która prowadzi do Przychodni Weterynaryjnej Białobrzeska i przy której na przełomie lipca i sierpnia kwitną malwy, a przechodzę często, bo niedaleko znajduje się mój gabinet, myślę o Mechatku i o tym, jak 3 lata temu na tle tych malw zrobiłam jej zdjęcie w ramionach Rafała.

Wracaliśmy wtedy z tego ważnego USG, które pokazało konieczność operacji Mechatka, a które zrobiliśmy zaniepokojeni jej objawami. Malwy znowu kwitną, ale Mechatka już nie ma.

Nasza codzienność stała się uboższa o wiele momentów, które już nigdy się nie zdarzą.

Mech nie układa się pomiędzy naszymi głowami tuż przed snem. Nikt nie wylizuje z zapałem naszych dłoni szorstkim językiem. Nie musimy podczas śniadania błyskawicznie chować jedzenia ze stołu, szczególnie serów i innych przetworów mlecznych, które Mech dopadała jednym susem, gotowa dla ich zdobycia wleźć nam na głowy. Zdumieni stawiamy na stół nasze serki homogenizowane, jajecznice i kanapki i nie ma już kota, który by je natychmiast porywał, wylizywał i pochłaniał (tak, to najcelniejsze określenie mechatkowego sposobu jedzenia).

Nie ma kota, który rzucałby się na kawałki surowego filetu z kurczaka, łapczywie chwytając dłoń, która je podaje podczas kocich uczt. Najmniejsza chwila nieuwagi skutkowała kradzieżą mięsa przygotowywanego na obiad. Odruchy zostały. Nadal w trakcie krojenia filetu i ubijania kotletów zachowujemy się bardzo uważnie, jakby wciąż spodziewając się napaści kota sygnalizującego głośnym miauczeniem stan "umierania z głodu". Jednak nikt nie wyje z podłogi, ani nie próbuje wskoczyć na blat.

Nasze dwie kotki, Niutka i Leeloo nie są tak łapczywe, ale chociaż przygotowywanie i spożywanie posiłków odbywa się teraz spokojnie, to jednak czegoś nam brakuje.

Ostatnie zdjęcie Mechatka

Po Mechatku zostało bardzo wyraziste puste miejsce.

Miejsce po Mechatku.
Kiedy już wróciliśmy do domu z lecznicy, zajrzałam w miejsce,
gdzie Mechatek ostatni raz leżała.
Ten obraz wydał mi się przejmujący

Mechatek, jako felietonistka i blogerka miała też kilka swoich miejsc w internecie. Tego bloga, na którym właśnie jesteśmy, a także swoją stronę na Facebooku, profil na Google+ oraz kanał Youtube z kocimi filmikami.

Co teraz, kiedy nie ma już ich gospodyni? Pojawiło się mnóstwo pytań i wątpliwości. Czy powinny dalej działać? A jeśli tak, to pod jakimi nazwami?

Przecież na facebookowym fanpage'u posty podpisywała Mechatek, nawet ten ostatni, który mówił, że Mechatka już nie ma, chociaż komentarze pod nim dodawałam już ja - Ela, pani Mechatka, bo byłoby dziwne, gdyby robiła to ona. Jak teraz nazwać ten fanpage? Nazwa musi być zmieniona, bo Mechatek nie może już niczego skomentować, udostępnić czy polubić. Ale kiedy ją zmienię, to wszystkie dotychczasowe posty też zmienią autora. Tak działa ten portal... Jak zatem teraz nazwać tę stronę, aby zachowała swój mechatkowy charakter?

Co z tym blogiem? Nie będzie już więcej mechatkowych felietonów. Może powinny znaleźć się tu moje artykuły? Ale kocich blogów prowadzonych przez ludzi, z ludzkim narratorem jest już wiele. Może powinna go więc prowadzić któraś z naszych kotek? Może Leeloo? A może Niutka, która kiedyś miała już swojego bloga na portalu Unitedcats? Która z nich byłaby lepszą gospodynią tego miejsca?

Trzeba też zmienić opis bloga widniejący w lewej kolumnie.


Do tej pory brzmiał tak:

Koci blog pisany z kociego punktu widzenia - dla kociarzy z poczuciem humoru i fanów oryginalnej mechatkowej prozy. Autorką bloga jest Mechatek, kotka, która sama upolowała swoich ludzi na ulicy i dzięki temu ma dom. Mieszka z dwoma innymi kotami: Leeloo i New oraz dwójką ludzi. Przez trzy lata była felietonistką na portalu Świat Kotów, a teraz prowadzi własnego bloga, na którym będzie można poczytać jej nowe felietony, zobaczyć kocie zdjęcia i sprawdzić, co na to wszystko mówią Pani i Nasz Drugi Człowiek.

Ale teraz już tak nie może być... Podobne kwestie dotyczą również tych innych miejsc, których Mechatek była gospodynią. Ale przede wszystkim musieliśmy ochłonąć po tej stracie, aby móc podjąć jakiekolwiek decyzje o tym, co dalej.

Minęło półtora miesiąca. Nie było żadnych nowych postów, ani na blogu, ani na facebookowym fanpejdżu, ani nigdzie indziej. Emocje były wciąż zbyt duże. A ja czekałam na trochę dystansu, który może dać tylko czas.

Widziałam, że na fanpejdż Mechatka wciąż zaglądają jej czytelnicy. Być może też czekając, mając nadzieję, że coś się tu pojawi, a ja wciąż nie wiedziałam, co dalej. Ale w końcu zaczęły się krystalizować jakieś pomysły, a emocjonalna blokada trochę poluzowała. Dziewczęta nie przestawały dostarczać inspiracji. Zrobiłam im mnóstwo zabawnych zdjęć i wydarzyło się wiele nowych sytuacji. Chciałabym się nimi móc dzielić i znów zaprosić was do patrzenia na świat z kociego punktu widzenia. Co mogę powiedzieć na teraz, na dziś?

Nazwa fanpejdża będzie teraz brzmieć Mechatki, tak samo, jak tytuł tego bloga. To oznacza, że wszystkie posty tam publikowane będą podpisane właśnie tak. Niestety nie małą literą, bo Facebook nie daje takiej możliwości. Ale za to wszędzie indziej możemy sobie na to pozwolić, prawda? Więc sobie pozwolimy. Bo chcę, aby mechatki oznaczały pewną formę literacką, zapoczątkowaną przez Mechatka. Tak właśnie nazywają się również cudowne bułeczki wypiekane przez Darię i nazwane tak na cześć Mechatka, pamiętacie? Więc to dobra nazwa! Marzy mi się, aby mechatki były nazwą na wszelkie kocie felietony, a kiedyś z nazwy własnej stały się elementem języka kociarskiego języka i należały do wszystkich kociarzy. Chciałabym, aby to określenie spopularyzowało się tak samo, jak inne stworzone przez Mechatka na potrzeby jej felietonów i stanowiące o specyfice jej języka. Tak powstały przecież łapkoczyny, nowe(s)twory, ćwierćdługowłose futerko, stosunki międzykocie i koty domne. Nie było takich słów, dopóki Mechatek ich nie wymyśliła. Jak dotąd (poza bułeczkami!) nie było też mechatków. Pora to zmienić.

Co do opisu bloga będzie od teraz brzmiał następująco:

Koci blog pisany z kociego punktu widzenia - dla kociarzy z poczuciem humoru i fanów oryginalnej mechatkowej prozy. Autorką bloga przez wiele lat była Mechatek, kotka, która sama upolowała swoich ludzi na ulicy i dzięki temu miała dom. Przez trzy lata była felietonistką na portalu Świat Kotów, a potem zaczęła prowadzić własnego bloga. Mechatka nie ma już wśród nas. Dlatego miejsce, w którym można znaleźć kocie felietony, zobaczyć kocie zdjęcia i sprawdzić, co na to wszystko mówią Pani i Nasz Drugi Człowiek, prowadzą teraz Leeloo, która została adoptowana z Koterii oraz New, która jest majnkunem.


Myślę, że to wyjaśnia wszystko. Już wkrótce zaprosimy państwa na ich pierwszy post, w którym postarają się przedstawić równie grzecznie, jak zrobiła to Mechatek, kiedy zaczynała karierę samodzielnej blogerki i opowiedzieć, jaką mają koncepcję na bloga. Dajcie nam chwilę. Na razie dziewczęta jeszcze szlifują styl, aby ich mechatki były takie, jak trzeba ;)

14 lipca 2017

Kto by pomyślał...

... czyli mały wielki kot

Kto by pomyślał, że istnieją koty tak mocno pragnące przeżyć i mieć dom, że potrafią sobie upolować ludzi na ulicy? A na dodatek upolować tych właściwych? Mechatek tak właśnie do nas trafiła w pewien mroźny grudniowy dzień, prawie 13 lat temu. Gdyby ich nie upolowała, prawdopodobnie dawno by jej już nie było, ale szybko okazało się, że upór i determinacja w dążeniu do celu to jedne z jej najważniejszych cech.

Mechatek obserwująca ruch uliczny

Nie wyglądała wtedy zbyt pięknie, miała krzywe nóżki, trochę zezowała, była chuda, zapchlona i zmierzwiona, ale zupełnie się tym nie przejmowała, bo niby dlaczego miałaby się przejmować czymś tak nieistotnym, jak żartobliwe przezwisko "Paskudek", które przylgnęło do niej na kilka pierwszych lat? Priorytety Mechatka od początku były bardzo czytelne.

29 czerwca 2017

Mechatek o tym, do czego przywiązują się koty

Proszę Państwa, ten felieton musiał powstać wcześniej czy później, ponieważ na temat przywiązywania się kotów panuje bardzo dużo niewłaściwych wyobrażeń pochodzących od ludzi, którzy nigdy nie mieli kota i dlatego swoje przekonania biorą ze swojej wyobraźni, a nie z rzeczywistości czyli z obserwowania, jak się zachowuje na co dzień oraz "od święta" udomowiony kot, taki jak ja Mechatek, Niutka, a nawet Leeloo, która się do nas udomowiła zaledwie dwa lata temu, a wcześniej była kotem wolno żyjącym na terenie szpitala praskiego.

A u nas to "od święta" zdarzyło się całkiem niedawno, ponieważ się całym stadem przeprowadziliśmy. Taka przeprowadzka to doskonała okazja do obserwowania, do czego przywiązuje się kot, tak pani powiedziała i najpierw obserwowała, a potem powiedziała: Mechatku, napisz o tym felieton, więc piszę, bo miałam w swoim kocim życiu aż cztery przeprowadzki i dlatego stałam się wielkim kocim autorytetem w tej sprawie.

Niutka wśród przeprowadzkowych kartonów i toreb