21 maja 2017

Mechatkowa historia choroby



Proszę państwa, jak zapewne państwo pamiętają, ja Mechatek zaczynam od "proszę państwa" zawsze wtedy, gdy mam do powiedzenia coś ważnego, a moja mechatkowa historia choroby jest bardzo ważna i dlatego taki wstęp. A ona jest ważna nie tylko dlatego, że dotyczy mnie Mechatka, ale także dlatego, że jakiś czas temu Przychodnia Weterynaryjna Białobrzeska poprosiła mnie Mechatka o jej opisanie, gdyż może mieć ona walory, które nazywają się edukacyjne.

A to dlatego, że ja Mechatek mam w środku nowego(S)twora, który jest leczony różnymi lekarstwami, ale głównie chemioterapią, która trzyma go pod kontrolą, nazywa się Leukeran i jest przeze mnie przyjmowana dopyszcznie. I chodzi o to, żeby troszkę przybliżyć państwu ten temat, no to ja Mechatek przybliżam. Co prawda, o opisanie historii choroby zostałam poproszona już dawno temu (pani mówi, że będzie tak z pół roku), no ale po drodze dużo się działo, na przykład najpierw różne moje i leelootkowe kryzysy zdrowotne, a teraz na dodatek ta cała przeprowadzka, gdyż proszę państwa my wszyscy przenosimy się całym stadem do nowego mieszkania i to jednak zajmuje trochę czasu, i dlatego czas na opisanie historii mojej choroby jest dopiero teraz.

I będzie proszę państwa mnóstwo zdjęć, niektóre takie, co już byłu tutaj na blogu oraz dużo zupełnie unikalnych, na przykład podczas badania i z moimi lekarzami, jak mnie trzymają na rękach i mówią do mnie Mechatka czułe wyrazy, chchchrrr!

29 kwietnia 2017

"Szczęściarze" czyli rzecz o Leeloo...




Jak dotąd, nie było zbyt wielu postów poświęconych Leeloo, kotce, która pojawiła się u nas po odejściu Reszki. Leeloo, adoptowana w październiku 2014 z warszawskiej Koterii okazała się kotem idealnym: przyjaznym, serdecznym, ciepłym i zupełnie niekłopotliwym. Nie wybrzydza przy jedzeniu, chociaż ma swoje smakowe dziwactwa; jak sądzimy pochodzące jeszcze z czasów, gdy mieszkała na terenie szpitala praskiego. Lubi na przykład chleb i bułki. Możliwe, że nimi była dokarmiana. Gdy na stole leży mięso i pieczywo, wiadomo, że Leelutka zignoruje mięso i rzuci się w te pędy do wylizywania skórek z chleba i wciągania najdrobniejszych okruszków, jak najstaranniejszy odkurzacz. Długo unikała jajek, filetów z kurczaka i mokrej karmy. Przypuszczamy, że ich po prostu nie znała i dlatego zjadała głównie suche chrupki. Teraz jej upodobania są bardziej zróżnicowane i zdarza się, że odgania Mechatka od miseczki ze smakołykami.

fot: Rafał Nowakowski (Nasz Drugi Człowiek)

Leeloo ma cudowny charakter. Uwielbia kontakt z ludźmi, chętnie leży na człowieku i przy człowieku, nie jest przy tym w żaden sposób nachalna. Nauczyła się kilku rozczulających gestów, mamy wrażenie, że podpatrując nasze pozostałe dziewczęta. Na przykład kładzie łapkę na naszych dłoniach lub nogach, a kiedy razem siedzimy na kanapie, stara się ułożyć tak, aby lekko dotykać każdego z nas. Została moim ukochanym kotem, zdarza mi się do niej powiedzieć: moja, moja i uwielbiam, kiedy patrzy w oczy - tego też długo się uczyła, bo początkowo kontakt wzrokowy nieco ją peszył i szybko odwracała wzrok. Teraz potrafi wpatrywać się długo i niesamowitą czułością.

Leeloo w zasadzie nie sprawiała żadnych zdrowotnych problemów, poza tym, że przyniosła do naszego domu koci katar, który trzeba było natychmiast opanować, przede wszystkim z powodu Mechatka, która z powodu przyjmowania leków do chemioterapii ma mocno obniżoną odporność. Mimo sterylizacji miewała też objawy rujopodobne. Dwa razy z tego powodu zastosowaliśmy leki hormonalne i na szczęście problem już się nie powtarza, ale ma wciąż ma powiększone gruczoły mleczne, więc całość i tak trzeba poddać dalszej diagnostyce. Jest kotką masywną, w sumie największą z naszych kotek. Wagowo przegoniła nawet New, która co prawda jest Maine Coonem, ale zawsze była raczej drobną przedstawicielką tej rasy.

Leeloo to kawał solidnej kociej baby

Po ostatniej wizycie w naszej Przychodni Weterynaryjnej na Białobrzeskiej wiemy bardzo dokładnie, ile Leeloo waży. Leeloo waży 4,85kg! Kawał kota z niej, prawda?

Niestety, nie była to zwyczajna wizyta kontrolna.

Od czasu, kiedy diagnoza Mechatka stała się faktem, personel Przychodni Białobrzeska mówi do nas i o nas "szczęściarze". Jest w tym duża doza troski i ciepłej ironii, bo przecież Mechatek to nasza druga kotka z chłoniakiem, a do tego to trzeba już mieć specyficznie rozumiane "szczęście". Na szczęście, chłoniak Mechatka jest inny niż Reszki, mniej agresywny i mniej złośliwy, a na dodatek Mech przekracza wszelkie statystyki przeżywalności przy tym rodzaju nowotworu. Niestety, owo specyficzne "szczęście" nas nie opuszcza. W poniedziałek, 24 kwietnia Leeloo miała atak padaczkowy...


Widzieć atak drgawkowy swojego ukochanego kota i móc tylko czekać aż się skończy to okropne doświadczenie. Na szczęście trwał bardzo krótko.

Mamy nadzieję, że była to jednorazowa sytuacja, chociaż wiemy, że na to szanse są znikome. Mamy nadzieję, że jeśli nie była to jednorazowa sytuacja (a raczej tak właśnie będzie), to jej ataki będą rzadkie, nie częściej niż raz na miesiąc. Mamy nadzieję, że nie trzeba będzie stosować Luminalu, bo częstotliwość ataków nie wzrośnie. Mamy nadzieję, że wlewka z relanium okaże się niepotrzebna i że ataki Leeloo nie przekształcą się w stan padaczkowy. Mamy nadzieję, że nasza cudowna Leeloo będzie z nami jeszcze długo...

Zdjęcie z dziś.
Leeloo relaksuje się na swojej ulubionej poduszce

ps 1. Może w tym "szczęściu" chodzi o to, że mają je nasze koty? Że trafiają właśnie do nas, a u nas, wiadomo, że otrzymają opiekę i leczenie? Ale czy nie za dużo tego "szczęścia" na nas? Ech...
ps 2. Mechatek ma się kiepsko, ale się trzyma.


5 marca 2017

Mechatkowe aktualności



Dzień dobry, proszę państwa!
Pani powiedziała, że państwu, którzy są moimi bardzo wiernymi czytelnikami, należą się wieści na temat mojego stanu zdrowia oraz na różne inne tematy, więc się mam przestać tym stanem wykręcać i coś napisać. Państwo przecież cały czas pytają o to, jak się mam i to jest bardzo miłe oraz podtrzymujące na duchu.

Ja Mechatek jako kłębuszek

Niestety, z podtrzymywaniem na ciele jest trochę gorzej, bo za to z kolei odpowiedzialne są moje mechatkowe jelitka, a z nimi jest coraz gorzej, bo coraz gorzej wchłaniają substancje odżywcze. I w efekcie, chociaż zwykle mam dobry apetyt, to te substancje nie trafiają tam, gdzie powinny, czyli do moich mechatkowych komórek. I dlatego jestem coraz chudsza, co jest bardzo, ale to bardzo niepokojące. Ostatnio na przykład ważę zaledwie 1,85 kg... I dzieją się ze mną również inne niedobre rzeczy, na co zamieszczam dowód rzeczowy, czyli wypis z ostatniej wizyty:


I dlatego mój pan doktor postanowił nieco zmienić dawkowanie leków. Jak państwo widzą, chemię będę teraz łykać nie co 7 dni, tylko co 5 (za co odpowiada pani), steryd zostaje bez zmian, czyli codziennie rano (za co odpowiada Nasz Drugi Człowiek, który i tak wstaje wcześnie, co ma swoje wielkie zalety, gdyż daje się on łatwiej zaszantażować mnie Mechatkowi, żeby dodał więcej do miseczki i jest bardziej tolerancyjny na moje smakowe wydziwiania), a na dodatek trzeba mi do pyszczyła podawać taką bardzo odżywczą białą papkę, która nazywa się Megalia, za co też odpowiada pani, która się nie certoli, tylko ładuje strzykawką i już.

W związku z tym, że pani się tak bardzo martwi moją małą wagą, pan doktor cały czas uspokaja, że po pierwsze i tak nieźle sobie radzę po ponad 2 latach leczenia takimi silnymi lekarstwami, a po drugie wciąż mam całkiem niezły nastrój (mogą sobie państwo sami przeczytać: "zachowuje się normalnie", czyli jest kontaktowa i miziasta), co jest najbardziej istotne, więc mówi do moich ludzi: "proszę na razie kota nie spisywać na straty".

I ze mną jest tak.

Ciekawie jest też z Niutką, która na stare lata robi się zdecydowanie mniej autystyczna, aż pani jest w szoku. Ale nie aż takim ogromnym, ponieważ już raz obserwowała takie zjawisko, a mianowicie wtedy, gdy Sonia na starość zrobiła się odważna i chętna na głaskanie, chociaż wcześniej była skrajnie nieśmiała i uciekała, gdy ktoś tylko na nią popatrzył. No więc Niutka robi się coraz bardziej kontaktowa. Zaczęła codziennie rano przychodzić do łóżka, gwałtownie trącając i śliniąc rękę pani, żeby pani tą ręką Niutkę pogłaskała, najlepiej mocno i długo. I jest to dla niej zupełnie nowe zachowanie, tak pani powiedziała. I powiedziała też, że to bardzo miłe, poza tymi momentami, gdy Niutka zagarnia rękę pani swoją łapką, w której ma pazury. A ponieważ jest majnkunem, to jej pazury są duże. I wtedy już nie jest tak całkiem miło, bo nie zawsze uda się zdążyć schować rękę pod kołdrą.

Ilustracja o tym, jak Niutka spała w domku i wypadła, bo jak się rozprostuje,
to jest za długa, żeby się zmieścić.

A z Leeloo jest bez zmian, czyli fajnie. Poza tym, że panią niepokoi jedna sprawa. Otóż Leeloo wszystkiego uczy się przez naśladowanie mnie Mechatka i New. I ostatnio zaczęła naśladować nasze dźwięki. I umie już robić "chchchrrr!" tak jak ja Mechatek oraz miauczeć w obcym języku, tak jak Niutka, która jak wiadomo miauczy trochę inaczej, ponieważ jest majnkunem i robi "aaacha! aaacha!". Pani mówi, że w sumie to by chyba wolała, żeby Leeloo jednak normalnie mruczała, a nie robiła "chchchrrr!"

No, ale co złego w "chchchrrr!"?

26 grudnia 2016

Świąteczne pogorszenie



Te Święta, podobnie jak to robimy od kilku lat, planowaliśmy spędzić u rodziców Rafała, czyli, jak by powiedziała Mechatek - Naszego Drugiego Człowieka. Kilka dni wcześniej kupiliśmy bilety na pociąg, w piątek spakowaliśmy plecaki, a w sobotę, bladym świtem mieliśmy ruszyć w podróż. Taki był pan, ale...

... ale nad ranem budzą mnie odgłosy bardzo intensywnych kocich wymiotów. Która? - myślę i zbieram się powoli spod kołdry, żeby sprawdzić, która z naszych trzech kotek jest źródłem tych dźwięków. Szukam śladów, ale oczy mam tak zaspane, że niewiele widzę. Za to "zapach" prowadzi mnie bezbłędnie do półki w dużym pokoju. Narzygane jest przede wszystkim na półce, ale część spadła niżej - na plecak. Najwyraźniej z siłą wodospadu. Odpowiedź na pytanie "Która?" jest oczywista. Z naszych kotów tylko Mechatek rzyga na wysokościach. Zwymiotowała mocno strawioną gotowaną pierś z kurczaka, którą Nasz Drugi Człowiek karmił ją wieczorem. Całą, chyba. Są w niej plamki krwi. Idę po papier toaletowy, żeby zetrzeć szkodę.

Mechatek plącze mi się pod nogami i pędzi do kuchni. Tam kuca i zaczyna zbierać się do sikania na płytki. Zbieranie się trwa długo, Mechatek oddaje mocz z wyraźnym wysiłkiem, podobnie jak miesiąc temu podczas poprzedniego kryzysu. Plama moczu zabarwiona jest krwią. Mechatek sika poza kuwetą rzadko - tylko wtedy, gdy żwirek nie spełnia jej standardów czystości (co zdarza się rzadko) oraz - jak wszystkie koty - gdy ma problemy z układem moczowym. Kuweta jest czysta, więc najwyraźniej to powtórka z sytuacji sprzed miesiąca, gdy również siknęła na różowo. Sprzątam wymioty w pokoju, budzę Naszego Drugiego Człowieka, pokazuję mu mokrą plamę w kuchni. Jest 5.30.

Co robić? Widać, że Mechatek czuje się kiepsko, siedzi skulona pod stolikiem, nie interesuje się otoczeniem, nawet nie wymusza porannego smakołyka. Decyzję podejmujemy szybko. Pociąg mamy o 8.15, w internecie sprawdzamy, że Przychodnia Białobrzeska otwarta jest dziś od 8.00. Nie ma szans, żebyśmy się wyrobili.

Odwołuję rezerwację biletu DO, powrotny na razie zostawiam, bo zobaczymy, czego dowiemy się w lecznicy. Pakujemy Mechatka w smycz i kocyk (bo w kocyku czuje się bezpieczniej niż w transporterze, a poza tym lepiej ją ciepło opatulić, bo w z powodu chemioterapii ma obniżoną odporność, więc lepiej nie ryzykować przeziębienia). Taksówką jedziemy do przychodni. Mechatka przyjmuje doktor Kuś . Mech nadal waży niewiele nawet jak na siebie - 1,95 kg. Od poprzedniej wizyty wcale nie przytyła, chociaż apetyt się jej poprawił. To już drugi kryzys w ciągu bardzo krótkiego czasu. Ale mamy za sobą 2 lata leczenia. I tak się nieźle Mechatek trzyma.

Dokładnie referujemy, co się stało, doktor Kuś uważnie słucha i wypytuje o szczegóły. Mierzenie temperatury, USG, pobranie krwi (żeby na szybko sprawdzić podstawowe parametry). W USG na szczęście nie widać żadnych niepokojących zmian, ale powtórzymy je po kroplówce, kiedy pęcherz będzie lepiej wypełniony. Trzeba ją też nawodnić.


Płyn ze zbiornika na stojaku ścieka powoli, trzeba cały czas pilnować ułożenia łapki, żeby mógł swobodnie lecieć, trzeba też Mechatka pocieszać, uspokajać. Czytamy gazety, rozmawiamy, podglądamy innych pacjentów. Jak widać, w Wigilię nie tylko nas dopadł pech.

Kroplówka się kończy. Robimy drugie USG. Są już wyniki badania krwi. Mocno podwyższone tzw. wyniki wątrobowe (Mech ma też przewlekłe zapalenie pęcherzyka żółciowego) i kreatynina. Dostajemy do domu całą baterię lekarstw do podania w zastrzykach: antybiotyk Entrocin (na ewentualne zakażenie układu pokarmowego) i osłonowy Ranic, które mamy jej podawać podskórnie w domu. Poza tym Ulgastran i Hepatiale Forte do pyszczydła.

Tyle możemy zrobić teraz. W razie pogorszenia (jakby tego było mało) mamy jechać do jakiejś całodobowej lecznicy, bo Białobrzeska niestety przez Święta nieczynna. A we wtorek wizyta kontrolna.

Od wejścia do lecznicy mijają 3 godziny. Rafał dzwoni do mamy, żeby powiedzieć, że jednak nie przyjedziemy, bo przecież trzeba Mechatkowi te leki jutro i pojutrze podać. Nie można jej w takim stanie samej zostawić. Nie będziemy też targać ze sobą chorej kotki przez pół Polski, bo taki stres by jej nie pomógł. Nie będzie Wigilii i Świąt u rodziców Rafała. Musimy zostać. Bilet powrotny też trzeba odwołać.



Jest 11.00! Wigilia! Nie robiliśmy żadnych zakupów, bo przecież wybieraliśmy się w gości. Spakowane plecaki z prezentami czekały. Gdyby nie nagłe pogorszenie stanu zdrowia Mechatka, dojeżdżalibyśmy już na miejsce. Nie mamy w domu NIC do jedzenia. Żadnych zapasów. Więc mechatkowy Drugi Człowiek czym prędzej pędzi na miasto na zakupy. Nasze świąteczne menu będzie zupełnie nietradycyjne - opowiemy tylko zaufanym znajomym ;)

Mamy nadzieję, że szukanie sensownej całodobowej lecznicy nie będzie konieczne. Bo nawet, jakby byli świetni, to przecież nie znają całej historii choroby Mechatka, choćby jej chemioterapii i sterydów. Więc lepiej nie.

Święta dobiegają końca. Przeżyliśmy. Mamy tylko kilka refleksji:

  • Następnym razem, jak się będziemy gdzieś wybierać, to spakujemy się kilka dni wcześniej. Bo one to wyczuwają.
  • Istnieją takie firmy, które oferują ludziom nietypowe prezenty. Zamiast rzeczy, przedmiotów - wrażenia i przeżycia (na przykład lot balonem czy coś takiego). Chyba nas to właśnie spotkało. Dziękujemy za moc świątecznych wrażeń! ;)
  • Co do nietradycyjnego wigilijno-świątecznego menu, to stwierdziliśmy, że ważne jest nie to, co znajduje się na stole, tylko to, z kim do tego stołu siadasz :)
  • Możliwe, że dochodzimy już do granicy możliwości terapeutycznych, a skutki uboczne przyjmowanych przez nią od 2 lat silnych leków zaczynają przewyższać ewentualne korzyści lecznicze... Możliwe, że zbliżamy się do końca tego, co można zrobić...

ps. Mechatek przyjęła grzecznie wszystkie zastrzyki, Ulgastranem zapluła na biało pół parkietu, apetyt na szczęście wrócił i ochota na kontakt z ludźmi też. Wygląda jednak na to, że boli ją brzuch, co trzeba koniecznie sprawdzić, bo jeśli po kocie widać (słychać) ból, to znaczy, że boli bardzo. Jutro koniecznie idziemy na kontrolę.

ps 2. Trzymajcie kciuki.