16 czerwca 2019

Trzymamy kciuki za Leeloo

Proszę Państwa, od kilku dni nasza Leeloo choruje. Zaczęło się niby niewinnie. Leeloo zaczęła troszkę psikać, a zaraz potem bardzo mocno kaszleć. Z nosa ciekło jej jak przy wielkim katarze, aż końcu miała go tak zapchany, że prawie nie mogła oddychać i dlatego oddychała przez pyszczek. Błyskawicznie pojechaliśmy z nią na Białobrzeską, gdzie została osłuchana i przebadana. Pani doktor Dembele zaordynowała Leelootce cała baterię leków. Leeloo nie całkiem chętnie i przy użyciu biernego oporu łykała lekarstwa: antybiotyki, przeciwzapalne i na wzmocnienie odporności. Po tygodniu kaszel przeszedł, a katar też stał się prawie niezauważalny. Sytuacja wydawała się opanowana.

Jednak od wtorku sytuacja zaczęła się pogarszać. Leeloo chowała się do szuflady i zawiesiła aktywności. Apetyt bardzo jej spadł, ale spadł też pozostałym dziewczętom, co w takie upały wcale nie było dziwne. Jednak zachowanie Leeloo stawało się coraz bardziej niepokojące. W zasadzie przestała opuszczać szufladę, wyraźnie unikając ludzkiego towarzystwa i izolując się przez cały dzień. Nie przychodziła na wołanie, a smakołyki podawane w miseczce przestały ją interesować. Kiedy zaczęła przesiadywać w pozycji bólowej i z rozszerzonymi źrenicami, stało się jasne, że sytuacja jest kryzysowa. Nie pozwalała się dotknąć, a podczas obmacywana okazało się, że strasznie boli ją przy uchu, tak mocno, że aż jęknęła. Na dodatek przestała pić, co przy takich temperaturach mogło okazać się bardzo niebezpieczne. Miała przy tym gorączkę 40 stopni.

W piątek znów wylądowaliśmy w lecznicy...



Leeloo dostała kroplówkę, żeby ją nawodnić i dostarczyć trochę składników odżywczych, znów antybiotyk, przeciwzapalne, przeciwgorączkowe i coś na wzmocnienie apetytu, żeby zaczęła cokolwiek jeść. Oraz bunondol, silny lek przeciwbólowy (opiat), aby jej nie bolało. Do podawana dopyszcznego w domu, co osiem godzin. Kupiliśmy papkę Convalencence, żeby jadła cokolwiek.

Ale co jej jest? Hipotezy podstawowe to zapalenie ucha środkowego, jakiś inny stan zapalny, może jakieś inne zakażenie. Najważniejsze to zażegnać sytuację kryzysową, żeby kot przeżył. Leczenie potem.

W sobotę podczas kontroli okazało się, że gorączka spada, ale niestety nie udało się wykonać zdjęcia RTG, żeby sprawdzić, co  się dzieje wokół jej głowy. Bo zaczęła mieć obrzęk tkanek miękkich przy głowie. I bardzo ją to boli. Doktor Tymochowicz wciąż zastanawia się co jej jest. Ropień tkanek miękkich? A może uogólniona kaliciwiroza (to bardziej pesymistyczny scenariusz)? Albo jeszcze co innego? Rak kości?

Najważniejsze, że Leeloo reaguje na antybiotyki, więc chyba nie kaliciwizoza, która jest wirusowa.

Będziemy robić USG i rozważamy też tomografię...

Trzymajcie kciuki za Leeloo.

Więcej zdjęć znajdziecie w albumie na facebooku ->

5 lutego 2018

Nasze stado 2018

W związku ze zmianami, jakie nastąpiły w naszym stadzie w styczniu 2018, dziś chciałabym przedstawić jego najnowszy skład.

Z pewnością pamiętacie post pt."Nasze stado", który tuż o odejściu Reszki i adoptowaniu Leeloo napisała Mechatek. Pisała między innymi tak:

A dzisiaj ja Mechatek chciałabym przedstawić Państwu całe nasze stado, czyli osoby kocie, które go obecnie tworzą, razem z tymi osobami kocimi, które tworzyły go przez wiele lat, a teraz już ich nie ma. O osobach ludzkich, czyli o Pani i o Naszym Drugim Człowieku będzie osobno, gdyż oni, chociaż są w stadzie bardzo ważni, to jednak należą do innego gatunku. Więc w kolejności przybycia było to tak (...)


Dziś zaczniemy inaczej, od przedstawienia najnowszych i najmłodszych członków (czy też raczej członkiń), które dołączyły do nas w pewien styczniowy weekend. Ich imiona to Joy i Chili.

Tak więc, nasze stado tworzą obecnie:
  • Chili
  • Joy
  • Leeloo
  • New
  • Nasz Drugi Człowiek
  • Pani
Ludzi nie będziemy specjalnie przedstawiać, gdyż chociaż są bardzo ważnymi członkami stada, to jednak nie o ich jest ten blog.

Na zdjęciu widać od lewej: Niutkę, Chili i Leeloo
oraz Panią, która głaszcze Joy.
Nasz Drugi Człowiek robi zdjęcie, więc go nie widać

1 grudnia 2017

Budząca się z kotami

Był "Tańczący z wilkami" z Kevinem Costnerem, była "Biegąca z wilkami" napisana przez Clarissę Pinkolę Estes, a teraz najwyższy czas na "Budzącą się z kotami" z New i Leeloo w rolach głównych.

Nie wypieramy się bynajmniej tych inspiracji, ale chcemy opowiedzieć własną historię pełną namiętności i zaskakujących zwrotów akcji, w której jest miejsce na walkę, pasję i przebaczenie.

Spójrzcie na obrazek po lewej. Taki widok ujrzałam pewnego poranka, kiedy tuż po sygnale budzika otworzyłam oczy. Obrazek znajomy, spokojny i kojący.

To wrażenie stanowi  znakomity wstęp do historii, którą chcemy wam opowiedzieć oraz najlepszy dowód, jak bardzo życie potrafi nas zaskakiwać

Ta historia rozpoczyna się bowiem już chwilkę później, gdy Leeloo spokojnie śpiąca w nogach łóżka (jak to ma w zwyczaju) nagle spostrzega...



...spostrzega, że z hamaka wiszącego przy łóżku na kaloryferze podnosi się New. New zeskakuje na podłogę i...

Zarówno Leeloo i Niutka, jak i ja jeszcze nie wiemy, że od tego momentu poranek już nigdy nie będzie taki sam.

Tego, co wydarzyło się zaraz po tym, jak New znalazła się na podłodze nie da się łatwo ująć w słowa. Najlepiej będzie, jeśli państwo zobaczycie to sami, a może i posłuchacie, gdyż tylko obraz w połączeniu z dźwiękiem oddaje całą dramaturgię wydarzeń, których z pozoru nic nie zapowiadało, a które jednak się wydarzyły.








Jak wygląda krajobraz po takiej bitwie? Czego możemy się spodziewać? Co dzieje się chwilę potem, gdy kamery zostają wyłączone? Sami spójrzcie.

Oto krajobraz po bitwie.
Oto moc prawdziwej przyjaźni.





















25 października 2017

Niutka już po operacji

Już od pewnego czasu na naszym mechatkowym Facebooku pojawiały się doniesienia, że mam mieć operację i dlatego potrzebne są te wszystkie badania krwi i różne echa serca. Niektórzy mówią na to zabieg, inni operacja, a pani powiedziała, że się nie będziemy o to spierać i zajmować takimi językowymi kwestiami, tylko opiszemy jak jest. Więc spróbuję.

Posiłek po powrocie z lecznicy. Apetyt dopisuje, to dobry znak.


Mam prawie 9 lat i jako jedyny kot w tym domu mam dokumenty na swoją datę urodzenia (18. 11. 2008 r.), które nazywają się rodowód i nie służą do niczego poza tym, żeby je od czasu do czasu wyciągać z półki i dziwić się, a może i zazdrościć, że moi przodkowie są tak doskonale znani aż tyle pokoleń wstecz, a przodkowie Pani i Naszego Drugiego Człowieka zdecydowanie mniej, gdyż oni są z plebsu, a ja jestem prawdziwą szlachcianką.

Ale nie zawsze tak było z moimi dokumentami, ponieważ dawno, dawno temu, za górami, za lasami, kiedy mieszkałyśmy jeszcze w Bielsku-Białej, wydawało się, że mogą się jednak przydać między innymi do tego, żeby moje potomstwo było również rasowe. A to wszystko dlatego, że pochodzę z hodowli, co oznacza, że mam swoje kocie nazwisko, czyli przydomek hodowlany i mogę jeździć na wystawy. Dlatego, kiedy już zostałam kupiona do swojego prawdziwego domu, trzeba mi było wymyślić nowe imię, łatwiejsze do wołania na co dzień niż Levadia of Nemo*PL. Trafiłam tam mając pół roku, a był to dom, w którym mieszkały już 3 inne koty, a mianowicie Reszka, Sonia i Mechatek, a ponieważ byłam tam nowa, to dostałam imię New, które wymawia się Niu, a które po angielsku znaczy właśnie nowa. Z czasem ono się trochę zdrobniło i najczęściej w domu mówi się do mnie Niutka, Niunia kotkowa lub z powodu tego rodowodu Księżniczka Niutkowa.

Domek okazał się najlepszym schronieniem.
Oczka jeszcze oszołomione po narkozie i broda też trochę opada.


Jako kotka idealnie zbudowana i mająca wszystko na swoim miejscu, począwszy od osadzenia uszu na głowie i kształtu załomka na pyszczku, wygrałam jako kocia młodzież nawet konkurs Best in Show, kiedy pojechałam na wystawę z moją hodowczynią, co oznaczało, że prezentuję się doskonale i spełniam wzorzec rasy, a więc jestem piękną koteczką zbudowaną dokładnie tak, jak prawdziwy Maine Coon powinien być zbudowany. I dlatego do swojego nowego domu zostałam sprzedana wraz z uprawnieniami hodowlanymi, bo moja krakowska hodowczyni uważała, że szkoda, żeby się takie wspaniałe geny zmarnowały, więc jeśli tylko by Pani chciała mnie rozmnażać, to jak najbardziej można, a nawet warto.

Kiedy dostałam swoją pierwszą rujkę, Pani zaczęła się rozglądać za jakimś pięknym i równie rasowym księciem dla mnie, a ponieważ znała się trochę na kociej genetyce (bo uznała, że jak się ma rasowego kota, to trzeba o tym trochę wiedzieć, ale również dlatego, że napisała na ten temat mnóstwo artykułów do kociego portalu, który nazywał się Świat Kotów), to chciała, aby po pierwsze był rudy z białymi skarpetkami (bo ja jestem czarna klasycznie pręgowana, więc wtedy byłaby szansa na trójkolorowe kocięta, a takie jej się najbardziej podobają), a po drugie, żeby był duży (gdyż ja jestem raczej drobną przedstawicielką rasy, więc kocięta byłyby nieco większe).

Po drodze okazywały się też inne rzeczy, związane głównie z moim charakterem. Okazało się, przede wszystkim, że jestem nieśmiała i raczej płochliwa, więc wożenie mnie po wystawach, abym otrzymała od sędziów ocenę, dzięki której koci kawalerowie ustawialiby się w kolejce oraz walili drzwiami i oknami, by mieć ze mną miot, byłoby dla mnie mocno stresujące. Z tego najważniejszego powodu Pani bardzo długo rozważała, co zrobić i czy rzeczywiście upierać się przy kociętach. Poza tym hodowla kotów to bardzo drogie hobby, do którego zwykle się dokłada, a wyjście na finansowe zero uważany jest za sukces. A Pani, jak już wspominałam, jest raczej z plebsu, więc na takie ekstrawagancje niespecjalnie ją stać, zwłaszcza, że przecież wtedy miała do utrzymania poza mną jeszcze 3 koty.

Najfajniej jest teraz na hamaku. Bo jest ciepło od kaloryfera. 


No i ostatnia kwestia, która chyba przeważyła szalę. Otóż istniało ryzyko, że mogłabym urodzić dużo kociąt, na przykład osiem. I co wtedy? Przecież nasza hodowla nie była sławna i znana, więc ludzie po te kocięta też wcale nie waliliby drzwiami i oknami. A nawet, gdyby się pojawili chętni, to trzeba by bardzo ich sprawdzać, żeby mieć stuprocentową pewność, że moje niutkowe kocięta trafią do naprawdę dobrych domów. Mogłoby się także okazać, że one wszystkie musiałyby zostać u nas w domu. A Pani z ówczesnym pańciem nawet nie chcieli wyobrażać sobie ośmiu żywiołowych kociąt, a potem dorastających kotów hasających po mieszkaniu i wszystkich półkach w poszukiwaniu odpowiedniej dawki rozrywki. To nie była wizja, która zachęcałaby do realizacji pomysłu z własną hodowlą.

Dlatego stało się jasne, że raczej nic z tego nie będzie. I dlatego trzeba mnie wysterylizować, abym nie męczyła się z rujkami oraz nie zachorowała na ropomacicze. Stało się to jasne już ładnych parę lat temu. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie zostało to zrobione już wtedy i byłoby to jak najbardziej uzasadnione pytanie. Ale Pani mówi, że życie bywa bardziej skomplikowane niż potrafimy sobie wyobrazić i nasze różne postanowienia ma często głęboko w gwieździe śmierci.

Kiedy już było pewne, że nie będzie żadnej hodowli, a zostaną co najwyżej wspomnienia o pięknych przydomkach hodowlanych, których pani wymyśliła całe mnóstwo, w naszym kocim życiu zaczęły się wielkie zmiany. Były one bezpośrednio związane ze zmianami w życiu Pani, która postanowiła przeprowadzić się do Warszawy. Przygotowania do tej rewolucji trwały rok i nie było czasu na zajmowanie się kocimi sprawami, poza tymi, które zajęcia się wymagały pilnie i natychmiast, jak na przykład choroba Soni. Jak pewnie państwo pamiętacie, Sonia nie pojechała z nami do Warszawy, odeszła jeszcze w Bielsku-Białej, mając 14 lat (można o tym poczytać na naszym Facebooku, o tutaj ->).

Do naszego nowego domu, w którym zamieszkałyśmy z Naszym Drugim Człowiekiem, pojechałyśmy we trzy: Reszka, Mechatek i ja Niutka. Było to w 2013 roku. Przeprowadzka i aklimatyzacja w nowym miejscu to również nie był dobry moment na takie kwestie, bo najpierw Pani musiała się sama ogarnąć w nowym mieście, na przykład z pracą i ze swoim nowym kocurem i w ogóle. A kiedy już się ogarnęła, to wtedy zachorowała i odeszła Reszka, która była kotem jej życia. A zaraz potem zachorowała Mechatek, którą Pani i Nasz Drugi Człowiek leczyli przez trzy lata i szczegółowo opisywali na tym blogu. Nie starczało więc ani czasu, ani siły, ani możliwości (w tym finansowych) na cokolwiek innego.

A kiedy zabrakło Mechatka, nasi ludzie zupełnie się rozkleili i musieli dojść do siebie, bo było to dla nich bardzo trudne, podobnie jak dla nas, czyli dla Leeloo, która zamieszkała z nami po śmierci Reszki i mnie. A to ich dochodzenie do siebie trochę trwało, bo Mechatek okazała się znacznie ważniejsza niż ktokolwiek śmiał przypuszczać.

I dlatego zarówno ja, jak i Leeloo, musiałyśmy poczekać. Aż wreszcie nadszedł nasz czas. I teraz Pani i Nasz Drugi Człowiek ogarniają nas. Co wcale nie jest super. Zupełnie nie jest super. Od dwóch miesięcy jeździmy do lecznicy i to wcale nie jest przyjemne. Bo trzeba wszystko skontrolować, porobić nam badania krwi, zaszczepić i ogarnąć to, co ogarnięcia wymaga. A więc w przypadku Leeloo: tę jej sterylizację, podczas której zachował się fragment tkanki hormonalnie czynnej i dlatego ma nieustannie powiększone gruczoły mleczne, a w moim... sterylizację, na którą czekam już tak długo.

Jak się państwo domyślacie po zdjęciach, właśnie mi ją zrobili. A o tym, jak znoszę rekonwalescencję i co jeszcze trzeba nam zrobić wokół zdrowia (a trzeba jeszcze sanację jam pyszczkowych), to ja napiszę już w następnym poście.

Wasza New.

ps. Więcej zdjęć na ten temat znajdziecie państwo wieczorem na naszym fanpejdżu mechatki ->


20 sierpnia 2017

Miejsce po Mechatku

Minął już ponad miesiąc, odkąd nie ma Mechatka. Mimo niewielkich rozmiarów (zaledwie 2,55 kg w porywach) zostawiła po sobie w naszych sercach ogromną dziurę. Bardzo nam jej brakuje. Była kotką bardzo mocno obecną w naszej codzienności i to nie tylko przez ostatnie 3 lata, kiedy walczyliśmy z jej chorobą. Wchodziła w relacje z ogromnym zaangażowaniem, więc stworzone z nią więzi były niesamowicie intensywne i głębokie. To dlatego jej nieobecność jest tak dotkliwa.

Za każdym razem, kiedy przechodzę ulicą Częstochowską, która prowadzi do Przychodni Weterynaryjnej Białobrzeska i przy której na przełomie lipca i sierpnia kwitną malwy, a przechodzę często, bo niedaleko znajduje się mój gabinet, myślę o Mechatku i o tym, jak 3 lata temu na tle tych malw zrobiłam jej zdjęcie w ramionach Rafała.

Wracaliśmy wtedy z tego ważnego USG, które pokazało konieczność operacji Mechatka, a które zrobiliśmy zaniepokojeni jej objawami. Malwy znowu kwitną, ale Mechatka już nie ma.

Nasza codzienność stała się uboższa o wiele momentów, które już nigdy się nie zdarzą.

Mech nie układa się pomiędzy naszymi głowami tuż przed snem. Nikt nie wylizuje z zapałem naszych dłoni szorstkim językiem. Nie musimy podczas śniadania błyskawicznie chować jedzenia ze stołu, szczególnie serów i innych przetworów mlecznych, które Mech dopadała jednym susem, gotowa dla ich zdobycia wleźć nam na głowy. Zdumieni stawiamy na stół nasze serki homogenizowane, jajecznice i kanapki i nie ma już kota, który by je natychmiast porywał, wylizywał i pochłaniał (tak, to najcelniejsze określenie mechatkowego sposobu jedzenia).

Nie ma kota, który rzucałby się na kawałki surowego filetu z kurczaka, łapczywie chwytając dłoń, która je podaje podczas kocich uczt. Najmniejsza chwila nieuwagi skutkowała kradzieżą mięsa przygotowywanego na obiad. Odruchy zostały. Nadal w trakcie krojenia filetu i ubijania kotletów zachowujemy się bardzo uważnie, jakby wciąż spodziewając się napaści kota sygnalizującego głośnym miauczeniem stan "umierania z głodu". Jednak nikt nie wyje z podłogi, ani nie próbuje wskoczyć na blat.

Nasze dwie kotki, Niutka i Leeloo nie są tak łapczywe, ale chociaż przygotowywanie i spożywanie posiłków odbywa się teraz spokojnie, to jednak czegoś nam brakuje.

Ostatnie zdjęcie Mechatka

Po Mechatku zostało bardzo wyraziste puste miejsce.

Miejsce po Mechatku.
Kiedy już wróciliśmy do domu z lecznicy, zajrzałam w miejsce,
gdzie Mechatek ostatni raz leżała.
Ten obraz wydał mi się przejmujący

Mechatek, jako felietonistka i blogerka miała też kilka swoich miejsc w internecie. Tego bloga, na którym właśnie jesteśmy, a także swoją stronę na Facebooku, profil na Google+ oraz kanał Youtube z kocimi filmikami.

Co teraz, kiedy nie ma już ich gospodyni? Pojawiło się mnóstwo pytań i wątpliwości. Czy powinny dalej działać? A jeśli tak, to pod jakimi nazwami?

Przecież na facebookowym fanpage'u posty podpisywała Mechatek, nawet ten ostatni, który mówił, że Mechatka już nie ma, chociaż komentarze pod nim dodawałam już ja - Ela, pani Mechatka, bo byłoby dziwne, gdyby robiła to ona. Jak teraz nazwać ten fanpage? Nazwa musi być zmieniona, bo Mechatek nie może już niczego skomentować, udostępnić czy polubić. Ale kiedy ją zmienię, to wszystkie dotychczasowe posty też zmienią autora. Tak działa ten portal... Jak zatem teraz nazwać tę stronę, aby zachowała swój mechatkowy charakter?

Co z tym blogiem? Nie będzie już więcej mechatkowych felietonów. Może powinny znaleźć się tu moje artykuły? Ale kocich blogów prowadzonych przez ludzi, z ludzkim narratorem jest już wiele. Może powinna go więc prowadzić któraś z naszych kotek? Może Leeloo? A może Niutka, która kiedyś miała już swojego bloga na portalu Unitedcats? Która z nich byłaby lepszą gospodynią tego miejsca?

Trzeba też zmienić opis bloga widniejący w lewej kolumnie.


Do tej pory brzmiał tak:

Koci blog pisany z kociego punktu widzenia - dla kociarzy z poczuciem humoru i fanów oryginalnej mechatkowej prozy. Autorką bloga jest Mechatek, kotka, która sama upolowała swoich ludzi na ulicy i dzięki temu ma dom. Mieszka z dwoma innymi kotami: Leeloo i New oraz dwójką ludzi. Przez trzy lata była felietonistką na portalu Świat Kotów, a teraz prowadzi własnego bloga, na którym będzie można poczytać jej nowe felietony, zobaczyć kocie zdjęcia i sprawdzić, co na to wszystko mówią Pani i Nasz Drugi Człowiek.

Ale teraz już tak nie może być... Podobne kwestie dotyczą również tych innych miejsc, których Mechatek była gospodynią. Ale przede wszystkim musieliśmy ochłonąć po tej stracie, aby móc podjąć jakiekolwiek decyzje o tym, co dalej.

Minęło półtora miesiąca. Nie było żadnych nowych postów, ani na blogu, ani na facebookowym fanpejdżu, ani nigdzie indziej. Emocje były wciąż zbyt duże. A ja czekałam na trochę dystansu, który może dać tylko czas.

Widziałam, że na fanpejdż Mechatka wciąż zaglądają jej czytelnicy. Być może też czekając, mając nadzieję, że coś się tu pojawi, a ja wciąż nie wiedziałam, co dalej. Ale w końcu zaczęły się krystalizować jakieś pomysły, a emocjonalna blokada trochę poluzowała. Dziewczęta nie przestawały dostarczać inspiracji. Zrobiłam im mnóstwo zabawnych zdjęć i wydarzyło się wiele nowych sytuacji. Chciałabym się nimi móc dzielić i znów zaprosić was do patrzenia na świat z kociego punktu widzenia. Co mogę powiedzieć na teraz, na dziś?

Nazwa fanpejdża będzie teraz brzmieć Mechatki, tak samo, jak tytuł tego bloga. To oznacza, że wszystkie posty tam publikowane będą podpisane właśnie tak. Niestety nie małą literą, bo Facebook nie daje takiej możliwości. Ale za to wszędzie indziej możemy sobie na to pozwolić, prawda? Więc sobie pozwolimy. Bo chcę, aby mechatki oznaczały pewną formę literacką, zapoczątkowaną przez Mechatka. Tak właśnie nazywają się również cudowne bułeczki wypiekane przez Darię i nazwane tak na cześć Mechatka, pamiętacie? Więc to dobra nazwa! Marzy mi się, aby mechatki były nazwą na wszelkie kocie felietony, a kiedyś z nazwy własnej stały się elementem języka kociarskiego języka i należały do wszystkich kociarzy. Chciałabym, aby to określenie spopularyzowało się tak samo, jak inne stworzone przez Mechatka na potrzeby jej felietonów i stanowiące o specyfice jej języka. Tak powstały przecież łapkoczyny, nowe(s)twory, ćwierćdługowłose futerko, stosunki międzykocie i koty domne. Nie było takich słów, dopóki Mechatek ich nie wymyśliła. Jak dotąd (poza bułeczkami!) nie było też mechatków. Pora to zmienić.

Co do opisu bloga będzie od teraz brzmiał następująco:

Koci blog pisany z kociego punktu widzenia - dla kociarzy z poczuciem humoru i fanów oryginalnej mechatkowej prozy. Autorką bloga przez wiele lat była Mechatek, kotka, która sama upolowała swoich ludzi na ulicy i dzięki temu miała dom. Przez trzy lata była felietonistką na portalu Świat Kotów, a potem zaczęła prowadzić własnego bloga. Mechatka nie ma już wśród nas. Dlatego miejsce, w którym można znaleźć kocie felietony, zobaczyć kocie zdjęcia i sprawdzić, co na to wszystko mówią Pani i Nasz Drugi Człowiek, prowadzą teraz Leeloo, która została adoptowana z Koterii oraz New, która jest majnkunem.


Myślę, że to wyjaśnia wszystko. Już wkrótce zaprosimy państwa na ich pierwszy post, w którym postarają się przedstawić równie grzecznie, jak zrobiła to Mechatek, kiedy zaczynała karierę samodzielnej blogerki i opowiedzieć, jaką mają koncepcję na bloga. Dajcie nam chwilę. Na razie dziewczęta jeszcze szlifują styl, aby ich mechatki były takie, jak trzeba ;)

14 lipca 2017

Kto by pomyślał...

... czyli mały wielki kot

Kto by pomyślał, że istnieją koty tak mocno pragnące przeżyć i mieć dom, że potrafią sobie upolować ludzi na ulicy? A na dodatek upolować tych właściwych? Mechatek tak właśnie do nas trafiła w pewien mroźny grudniowy dzień, prawie 13 lat temu. Gdyby ich nie upolowała, prawdopodobnie dawno by jej już nie było, ale szybko okazało się, że upór i determinacja w dążeniu do celu to jedne z jej najważniejszych cech.

Mechatek obserwująca ruch uliczny

Nie wyglądała wtedy zbyt pięknie, miała krzywe nóżki, trochę zezowała, była chuda, zapchlona i zmierzwiona, ale zupełnie się tym nie przejmowała, bo niby dlaczego miałaby się przejmować czymś tak nieistotnym, jak żartobliwe przezwisko "Paskudek", które przylgnęło do niej na kilka pierwszych lat? Priorytety Mechatka od początku były bardzo czytelne.

29 czerwca 2017

Mechatek o tym, do czego przywiązują się koty

Proszę Państwa, ten felieton musiał powstać wcześniej czy później, ponieważ na temat przywiązywania się kotów panuje bardzo dużo niewłaściwych wyobrażeń pochodzących od ludzi, którzy nigdy nie mieli kota i dlatego swoje przekonania biorą ze swojej wyobraźni, a nie z rzeczywistości czyli z obserwowania, jak się zachowuje na co dzień oraz "od święta" udomowiony kot, taki jak ja Mechatek, Niutka, a nawet Leeloo, która się do nas udomowiła zaledwie dwa lata temu, a wcześniej była kotem wolno żyjącym na terenie szpitala praskiego.

A u nas to "od święta" zdarzyło się całkiem niedawno, ponieważ się całym stadem przeprowadziliśmy. Taka przeprowadzka to doskonała okazja do obserwowania, do czego przywiązuje się kot, tak pani powiedziała i najpierw obserwowała, a potem powiedziała: Mechatku, napisz o tym felieton, więc piszę, bo miałam w swoim kocim życiu aż cztery przeprowadzki i dlatego stałam się wielkim kocim autorytetem w tej sprawie.

Niutka wśród przeprowadzkowych kartonów i toreb

29 maja 2017

Na śpiocha



A dziś, ja Mechatek zapraszam państwa do galerii składającej się z dwóch śpiących zdjęć. Jedno jest z Panią i pochodzi z majowego długiego weekendu, a drugie jest z Naszym Drugim Człowiekiem i pochodzi z poprzedniego weekendu. Chchchrrr!

Ja Mechatek i Pani
(fot. Rafał Nowakowski
https://www.facebook.com/rnfotografiapl/)

Ja Mechatek i Nasz Drugi Człowiek

21 maja 2017

Mechatkowa historia choroby



Proszę państwa, jak zapewne państwo pamiętają, ja Mechatek zaczynam od "proszę państwa" zawsze wtedy, gdy mam do powiedzenia coś ważnego, a moja mechatkowa historia choroby jest bardzo ważna i dlatego taki wstęp. A ona jest ważna nie tylko dlatego, że dotyczy mnie Mechatka, ale także dlatego, że jakiś czas temu Przychodnia Weterynaryjna Białobrzeska poprosiła mnie Mechatka o jej opisanie, gdyż może mieć ona walory, które nazywają się edukacyjne.

A to dlatego, że ja Mechatek mam w środku nowego(S)twora, który jest leczony różnymi lekarstwami, ale głównie chemioterapią, która trzyma go pod kontrolą, nazywa się Leukeran i jest przeze mnie przyjmowana dopyszcznie. I chodzi o to, żeby troszkę przybliżyć państwu ten temat, no to ja Mechatek przybliżam. Co prawda, o opisanie historii choroby zostałam poproszona już dawno temu (pani mówi, że będzie tak z pół roku), no ale po drodze dużo się działo, na przykład najpierw różne moje i leelootkowe kryzysy zdrowotne, a teraz na dodatek ta cała przeprowadzka, gdyż proszę państwa my wszyscy przenosimy się całym stadem do nowego mieszkania i to jednak zajmuje trochę czasu, i dlatego czas na opisanie historii mojej choroby jest dopiero teraz.

I będzie proszę państwa mnóstwo zdjęć, niektóre takie, co już byłu tutaj na blogu oraz dużo zupełnie unikalnych, na przykład podczas badania i z moimi lekarzami, jak mnie trzymają na rękach i mówią do mnie Mechatka czułe wyrazy, chchchrrr!

29 kwietnia 2017

"Szczęściarze" czyli rzecz o Leeloo...




Jak dotąd, nie było zbyt wielu postów poświęconych Leeloo, kotce, która pojawiła się u nas po odejściu Reszki. Leeloo, adoptowana w październiku 2014 z warszawskiej Koterii okazała się kotem idealnym: przyjaznym, serdecznym, ciepłym i zupełnie niekłopotliwym. Nie wybrzydza przy jedzeniu, chociaż ma swoje smakowe dziwactwa; jak sądzimy pochodzące jeszcze z czasów, gdy mieszkała na terenie szpitala praskiego. Lubi na przykład chleb i bułki. Możliwe, że nimi była dokarmiana. Gdy na stole leży mięso i pieczywo, wiadomo, że Leelutka zignoruje mięso i rzuci się w te pędy do wylizywania skórek z chleba i wciągania najdrobniejszych okruszków, jak najstaranniejszy odkurzacz. Długo unikała jajek, filetów z kurczaka i mokrej karmy. Przypuszczamy, że ich po prostu nie znała i dlatego zjadała głównie suche chrupki. Teraz jej upodobania są bardziej zróżnicowane i zdarza się, że odgania Mechatka od miseczki ze smakołykami.

fot: Rafał Nowakowski (Nasz Drugi Człowiek)

Leeloo ma cudowny charakter. Uwielbia kontakt z ludźmi, chętnie leży na człowieku i przy człowieku, nie jest przy tym w żaden sposób nachalna. Nauczyła się kilku rozczulających gestów, mamy wrażenie, że podpatrując nasze pozostałe dziewczęta. Na przykład kładzie łapkę na naszych dłoniach lub nogach, a kiedy razem siedzimy na kanapie, stara się ułożyć tak, aby lekko dotykać każdego z nas. Została moim ukochanym kotem, zdarza mi się do niej powiedzieć: moja, moja i uwielbiam, kiedy patrzy w oczy - tego też długo się uczyła, bo początkowo kontakt wzrokowy nieco ją peszył i szybko odwracała wzrok. Teraz potrafi wpatrywać się długo i niesamowitą czułością.

Leeloo w zasadzie nie sprawiała żadnych zdrowotnych problemów, poza tym, że przyniosła do naszego domu koci katar, który trzeba było natychmiast opanować, przede wszystkim z powodu Mechatka, która z powodu przyjmowania leków do chemioterapii ma mocno obniżoną odporność. Mimo sterylizacji miewała też objawy rujopodobne. Dwa razy z tego powodu zastosowaliśmy leki hormonalne i na szczęście problem już się nie powtarza, ale ma wciąż ma powiększone gruczoły mleczne, więc całość i tak trzeba poddać dalszej diagnostyce. Jest kotką masywną, w sumie największą z naszych kotek. Wagowo przegoniła nawet New, która co prawda jest Maine Coonem, ale zawsze była raczej drobną przedstawicielką tej rasy.

Leeloo to kawał solidnej kociej baby

Po ostatniej wizycie w naszej Przychodni Weterynaryjnej na Białobrzeskiej wiemy bardzo dokładnie, ile Leeloo waży. Leeloo waży 4,85kg! Kawał kota z niej, prawda?

Niestety, nie była to zwyczajna wizyta kontrolna.

Od czasu, kiedy diagnoza Mechatka stała się faktem, personel Przychodni Białobrzeska mówi do nas i o nas "szczęściarze". Jest w tym duża doza troski i ciepłej ironii, bo przecież Mechatek to nasza druga kotka z chłoniakiem, a do tego to trzeba już mieć specyficznie rozumiane "szczęście". Na szczęście, chłoniak Mechatka jest inny niż Reszki, mniej agresywny i mniej złośliwy, a na dodatek Mech przekracza wszelkie statystyki przeżywalności przy tym rodzaju nowotworu. Niestety, owo specyficzne "szczęście" nas nie opuszcza. W poniedziałek, 24 kwietnia Leeloo miała atak padaczkowy...


Widzieć atak drgawkowy swojego ukochanego kota i móc tylko czekać aż się skończy to okropne doświadczenie. Na szczęście trwał bardzo krótko.

Mamy nadzieję, że była to jednorazowa sytuacja, chociaż wiemy, że na to szanse są znikome. Mamy nadzieję, że jeśli nie była to jednorazowa sytuacja (a raczej tak właśnie będzie), to jej ataki będą rzadkie, nie częściej niż raz na miesiąc. Mamy nadzieję, że nie trzeba będzie stosować Luminalu, bo częstotliwość ataków nie wzrośnie. Mamy nadzieję, że wlewka z relanium okaże się niepotrzebna i że ataki Leeloo nie przekształcą się w stan padaczkowy. Mamy nadzieję, że nasza cudowna Leeloo będzie z nami jeszcze długo...

Zdjęcie z dziś.
Leeloo relaksuje się na swojej ulubionej poduszce

ps 1. Może w tym "szczęściu" chodzi o to, że mają je nasze koty? Że trafiają właśnie do nas, a u nas, wiadomo, że otrzymają opiekę i leczenie? Ale czy nie za dużo tego "szczęścia" na nas? Ech...
ps 2. Mechatek ma się kiepsko, ale się trzyma.


5 marca 2017

Mechatkowe aktualności



Dzień dobry, proszę państwa!
Pani powiedziała, że państwu, którzy są moimi bardzo wiernymi czytelnikami, należą się wieści na temat mojego stanu zdrowia oraz na różne inne tematy, więc się mam przestać tym stanem wykręcać i coś napisać. Państwo przecież cały czas pytają o to, jak się mam i to jest bardzo miłe oraz podtrzymujące na duchu.

Ja Mechatek jako kłębuszek

Niestety, z podtrzymywaniem na ciele jest trochę gorzej, bo za to z kolei odpowiedzialne są moje mechatkowe jelitka, a z nimi jest coraz gorzej, bo coraz gorzej wchłaniają substancje odżywcze. I w efekcie, chociaż zwykle mam dobry apetyt, to te substancje nie trafiają tam, gdzie powinny, czyli do moich mechatkowych komórek. I dlatego jestem coraz chudsza, co jest bardzo, ale to bardzo niepokojące. Ostatnio na przykład ważę zaledwie 1,85 kg... I dzieją się ze mną również inne niedobre rzeczy, na co zamieszczam dowód rzeczowy, czyli wypis z ostatniej wizyty:


I dlatego mój pan doktor postanowił nieco zmienić dawkowanie leków. Jak państwo widzą, chemię będę teraz łykać nie co 7 dni, tylko co 5 (za co odpowiada pani), steryd zostaje bez zmian, czyli codziennie rano (za co odpowiada Nasz Drugi Człowiek, który i tak wstaje wcześnie, co ma swoje wielkie zalety, gdyż daje się on łatwiej zaszantażować mnie Mechatkowi, żeby dodał więcej do miseczki i jest bardziej tolerancyjny na moje smakowe wydziwiania), a na dodatek trzeba mi do pyszczyła podawać taką bardzo odżywczą białą papkę, która nazywa się Megalia, za co też odpowiada pani, która się nie certoli, tylko ładuje strzykawką i już.

W związku z tym, że pani się tak bardzo martwi moją małą wagą, pan doktor cały czas uspokaja, że po pierwsze i tak nieźle sobie radzę po ponad 2 latach leczenia takimi silnymi lekarstwami, a po drugie wciąż mam całkiem niezły nastrój (mogą sobie państwo sami przeczytać: "zachowuje się normalnie", czyli jest kontaktowa i miziasta), co jest najbardziej istotne, więc mówi do moich ludzi: "proszę na razie kota nie spisywać na straty".

I ze mną jest tak.

Ciekawie jest też z Niutką, która na stare lata robi się zdecydowanie mniej autystyczna, aż pani jest w szoku. Ale nie aż takim ogromnym, ponieważ już raz obserwowała takie zjawisko, a mianowicie wtedy, gdy Sonia na starość zrobiła się odważna i chętna na głaskanie, chociaż wcześniej była skrajnie nieśmiała i uciekała, gdy ktoś tylko na nią popatrzył. No więc Niutka robi się coraz bardziej kontaktowa. Zaczęła codziennie rano przychodzić do łóżka, gwałtownie trącając i śliniąc rękę pani, żeby pani tą ręką Niutkę pogłaskała, najlepiej mocno i długo. I jest to dla niej zupełnie nowe zachowanie, tak pani powiedziała. I powiedziała też, że to bardzo miłe, poza tymi momentami, gdy Niutka zagarnia rękę pani swoją łapką, w której ma pazury. A ponieważ jest majnkunem, to jej pazury są duże. I wtedy już nie jest tak całkiem miło, bo nie zawsze uda się zdążyć schować rękę pod kołdrą.

Ilustracja o tym, jak Niutka spała w domku i wypadła, bo jak się rozprostuje,
to jest za długa, żeby się zmieścić.

A z Leeloo jest bez zmian, czyli fajnie. Poza tym, że panią niepokoi jedna sprawa. Otóż Leeloo wszystkiego uczy się przez naśladowanie mnie Mechatka i New. I ostatnio zaczęła naśladować nasze dźwięki. I umie już robić "chchchrrr!" tak jak ja Mechatek oraz miauczeć w obcym języku, tak jak Niutka, która jak wiadomo miauczy trochę inaczej, ponieważ jest majnkunem i robi "aaacha! aaacha!". Pani mówi, że w sumie to by chyba wolała, żeby Leeloo jednak normalnie mruczała, a nie robiła "chchchrrr!"

No, ale co złego w "chchchrrr!"?

26 grudnia 2016

Świąteczne pogorszenie



Te Święta, podobnie jak to robimy od kilku lat, planowaliśmy spędzić u rodziców Rafała, czyli, jak by powiedziała Mechatek - Naszego Drugiego Człowieka. Kilka dni wcześniej kupiliśmy bilety na pociąg, w piątek spakowaliśmy plecaki, a w sobotę, bladym świtem mieliśmy ruszyć w podróż. Taki był pan, ale...

... ale nad ranem budzą mnie odgłosy bardzo intensywnych kocich wymiotów. Która? - myślę i zbieram się powoli spod kołdry, żeby sprawdzić, która z naszych trzech kotek jest źródłem tych dźwięków. Szukam śladów, ale oczy mam tak zaspane, że niewiele widzę. Za to "zapach" prowadzi mnie bezbłędnie do półki w dużym pokoju. Narzygane jest przede wszystkim na półce, ale część spadła niżej - na plecak. Najwyraźniej z siłą wodospadu. Odpowiedź na pytanie "Która?" jest oczywista. Z naszych kotów tylko Mechatek rzyga na wysokościach. Zwymiotowała mocno strawioną gotowaną pierś z kurczaka, którą Nasz Drugi Człowiek karmił ją wieczorem. Całą, chyba. Są w niej plamki krwi. Idę po papier toaletowy, żeby zetrzeć szkodę.

Mechatek plącze mi się pod nogami i pędzi do kuchni. Tam kuca i zaczyna zbierać się do sikania na płytki. Zbieranie się trwa długo, Mechatek oddaje mocz z wyraźnym wysiłkiem, podobnie jak miesiąc temu podczas poprzedniego kryzysu. Plama moczu zabarwiona jest krwią. Mechatek sika poza kuwetą rzadko - tylko wtedy, gdy żwirek nie spełnia jej standardów czystości (co zdarza się rzadko) oraz - jak wszystkie koty - gdy ma problemy z układem moczowym. Kuweta jest czysta, więc najwyraźniej to powtórka z sytuacji sprzed miesiąca, gdy również siknęła na różowo. Sprzątam wymioty w pokoju, budzę Naszego Drugiego Człowieka, pokazuję mu mokrą plamę w kuchni. Jest 5.30.

Co robić? Widać, że Mechatek czuje się kiepsko, siedzi skulona pod stolikiem, nie interesuje się otoczeniem, nawet nie wymusza porannego smakołyka. Decyzję podejmujemy szybko. Pociąg mamy o 8.15, w internecie sprawdzamy, że Przychodnia Białobrzeska otwarta jest dziś od 8.00. Nie ma szans, żebyśmy się wyrobili.

Odwołuję rezerwację biletu DO, powrotny na razie zostawiam, bo zobaczymy, czego dowiemy się w lecznicy. Pakujemy Mechatka w smycz i kocyk (bo w kocyku czuje się bezpieczniej niż w transporterze, a poza tym lepiej ją ciepło opatulić, bo w z powodu chemioterapii ma obniżoną odporność, więc lepiej nie ryzykować przeziębienia). Taksówką jedziemy do przychodni. Mechatka przyjmuje doktor Kuś . Mech nadal waży niewiele nawet jak na siebie - 1,95 kg. Od poprzedniej wizyty wcale nie przytyła, chociaż apetyt się jej poprawił. To już drugi kryzys w ciągu bardzo krótkiego czasu. Ale mamy za sobą 2 lata leczenia. I tak się nieźle Mechatek trzyma.

Dokładnie referujemy, co się stało, doktor Kuś uważnie słucha i wypytuje o szczegóły. Mierzenie temperatury, USG, pobranie krwi (żeby na szybko sprawdzić podstawowe parametry). W USG na szczęście nie widać żadnych niepokojących zmian, ale powtórzymy je po kroplówce, kiedy pęcherz będzie lepiej wypełniony. Trzeba ją też nawodnić.


Płyn ze zbiornika na stojaku ścieka powoli, trzeba cały czas pilnować ułożenia łapki, żeby mógł swobodnie lecieć, trzeba też Mechatka pocieszać, uspokajać. Czytamy gazety, rozmawiamy, podglądamy innych pacjentów. Jak widać, w Wigilię nie tylko nas dopadł pech.

Kroplówka się kończy. Robimy drugie USG. Są już wyniki badania krwi. Mocno podwyższone tzw. wyniki wątrobowe (Mech ma też przewlekłe zapalenie pęcherzyka żółciowego) i kreatynina. Dostajemy do domu całą baterię lekarstw do podania w zastrzykach: antybiotyk Entrocin (na ewentualne zakażenie układu pokarmowego) i osłonowy Ranic, które mamy jej podawać podskórnie w domu. Poza tym Ulgastran i Hepatiale Forte do pyszczydła.

Tyle możemy zrobić teraz. W razie pogorszenia (jakby tego było mało) mamy jechać do jakiejś całodobowej lecznicy, bo Białobrzeska niestety przez Święta nieczynna. A we wtorek wizyta kontrolna.

Od wejścia do lecznicy mijają 3 godziny. Rafał dzwoni do mamy, żeby powiedzieć, że jednak nie przyjedziemy, bo przecież trzeba Mechatkowi te leki jutro i pojutrze podać. Nie można jej w takim stanie samej zostawić. Nie będziemy też targać ze sobą chorej kotki przez pół Polski, bo taki stres by jej nie pomógł. Nie będzie Wigilii i Świąt u rodziców Rafała. Musimy zostać. Bilet powrotny też trzeba odwołać.



Jest 11.00! Wigilia! Nie robiliśmy żadnych zakupów, bo przecież wybieraliśmy się w gości. Spakowane plecaki z prezentami czekały. Gdyby nie nagłe pogorszenie stanu zdrowia Mechatka, dojeżdżalibyśmy już na miejsce. Nie mamy w domu NIC do jedzenia. Żadnych zapasów. Więc mechatkowy Drugi Człowiek czym prędzej pędzi na miasto na zakupy. Nasze świąteczne menu będzie zupełnie nietradycyjne - opowiemy tylko zaufanym znajomym ;)

Mamy nadzieję, że szukanie sensownej całodobowej lecznicy nie będzie konieczne. Bo nawet, jakby byli świetni, to przecież nie znają całej historii choroby Mechatka, choćby jej chemioterapii i sterydów. Więc lepiej nie.

Święta dobiegają końca. Przeżyliśmy. Mamy tylko kilka refleksji:

  • Następnym razem, jak się będziemy gdzieś wybierać, to spakujemy się kilka dni wcześniej. Bo one to wyczuwają.
  • Istnieją takie firmy, które oferują ludziom nietypowe prezenty. Zamiast rzeczy, przedmiotów - wrażenia i przeżycia (na przykład lot balonem czy coś takiego). Chyba nas to właśnie spotkało. Dziękujemy za moc świątecznych wrażeń! ;)
  • Co do nietradycyjnego wigilijno-świątecznego menu, to stwierdziliśmy, że ważne jest nie to, co znajduje się na stole, tylko to, z kim do tego stołu siadasz :)
  • Możliwe, że dochodzimy już do granicy możliwości terapeutycznych, a skutki uboczne przyjmowanych przez nią od 2 lat silnych leków zaczynają przewyższać ewentualne korzyści lecznicze... Możliwe, że zbliżamy się do końca tego, co można zrobić...

ps. Mechatek przyjęła grzecznie wszystkie zastrzyki, Ulgastranem zapluła na biało pół parkietu, apetyt na szczęście wrócił i ochota na kontakt z ludźmi też. Wygląda jednak na to, że boli ją brzuch, co trzeba koniecznie sprawdzić, bo jeśli po kocie widać (słychać) ból, to znaczy, że boli bardzo. Jutro koniecznie idziemy na kontrolę.

ps 2. Trzymajcie kciuki. 

17 czerwca 2016

Kot Michaś szuka domu



Proszę Państwa, jest bardzo ważna sprawa, w której Państwo mogą pomóc, a zwłaszcza ci z Państwa, którzy mają dobre serduszka i przejmują się kocim losem. Bo jest kot, któremu można i trzeba pomóc w znalezieniu dobrego domu. Koniecznie szybko, bo w miejscu, gdzie do tej pory żył, już raz został postrzelony, a gdyby został po raz drugi, to kto wie, jak by się to skończyło, ale nikt z nas przecież nie chce się o tym przekonywać.

Jest to, proszę Państwa, kocur, który ma wiek dwa lata (a maksymalnie dwa lata i parę miesięcy, tak powiedziała znajoma pani, która się kotem bardzo przejęła i w jego imieniu zwróciła o pomoc).

Przez dwa lata wiódł typowe życie kota wiejskiego, latem raz na tydzień kiedy właściciele domu przyjeżdżali na wieś przez weekend był dokarmiany i socjalizowany (dlatego bardzo lubi ludzi, łasi się itp. i ogólnie bardziej nadaje się na kota kanapowego, z opcją spacerów po ogródku, niż na wiejskiego włóczęgę).


W zimie kiedy właściciele domu nie odwiedzali wsi, zostawiali pieniądze na karmę i prosili sąsiadów o dokarmianie.

W tym roku po drugiej zimie spędzonej na wsi okazało się, że kot jest w mocno kiepskim stanie, w oczach ropa, w uszach też jakieś świństwo, a na łapie duża zaropiała rana. Nie było na co czekać, kot został przywieziony do Warszawy do lecznicy na Gagarina, tu został wyleczony (oczy, uszy i łapa są już praktycznie wyleczone), przebadany i wykastrowany.

W lecznicy po badaniu krwi i prześwietleniu okazało się, że kot został też postrzelony, pewnie w ramach czyjejś zabawy i nafaszerowany śrutem. Teraz kocur dochodzi do siebie w lecznicy, ale praktycznie jest już zdrowy.

Teraz kot mieszka tymczasowo w gościnnym domu, korzysta z kuwety, bardzo lubi ludzi i dużo bardziej nadaje się do życia w domu niż do ponownego wypuszczenia na wieś.

Ludzie, którzy go dokarmiali i którzy przywieźli go do Warszawy nie mogą go przygarnąć, mają już psa i kota, i chyba nie za duże mieszkanie, chchchchrrrr.

Jeżeli nikt go nie przygarnie, kot wróci na wieś. Oczywiście nadal będzie dokarmiany i dopieszczany w weekendy, więc pewnie będzie go można przygarnąć i za miesiąc czy dwa, ale najlepiej byłoby to zrobić teraz na świeżo po badaniach i leczeniu. I kiedy jeszcze nikt nie strzelał do niego po raz drugi.

Zdjęcie kocura ja Mechatek mam tylko jedno i kocur nie wygląda na nim szczególnie, ale jeżeli trzeba będzie więcej, to mogę poprosić o jakieś dodatkowe. A poza tym już widać że jest piękny i ma robocze imię Michaś.

Podstawowe informacje są takie:
Kocur, około 2 lat, bez nabiału (bo mu wycięli podczas kastracji), zdrowy, szuka dobrych ludzi i dobrego domu. Pilnie.


Telefon kontaktowy w sprawie kocura to: 506 955 951.
To jest telefon do Pani Eweliny, która dokarmiała kota, przywiozła go do Warszawy, a teraz w czasie rekonwalescencji gości w swoim domu i '"przy okazji" jest lekarzem weterynarii, więc można ją dopytać o wszystkie informacje dotyczące zdrowia kota.

W imieniu Michasia, ja Mechatek bardzo proszę Państwa o udostępnianie tej informacji, bo im więcej ludzi się dowie o kocurze, tym większa szansa, że natknie się on na swojego człowieka, który go weźmie do domu i będzie kochał do końca życia.

Chchchchrrr!

14 lutego 2016

Walentynki



Proszę Państwa, ja Mechatek oraz całe nasze stado życzymy Państwu mnóstwo miziania, dużo smakołyków i żeby się Państwu przydarzały same miłe chwile i sami mili ludzie, chchchrrr!


31 grudnia 2015

Nadchodzi Nowy Rok



Leeloo wypatrzyła!
Wszystkiego dobrego na cały Nowy Rok!
Dla ludzi i kotów od ludzi (Pani i Naszego Drugiego Człowieka) i kotów (New, Mechatka i czujnej Leeloo).
Warto kliknąć w zdjęcie i je powiększyć, żeby zobaczyć leelootkowy wyraz!



23 grudnia 2015

Wesołych świąt!



Wesołych świąt, proszę Państwa, życzymy my, czyli Niutka, ja Mechatek, Leeloo, Pani i Nasz Drugi Człowiek.

Chchchrrrr na cały Nowy Rok!

18 grudnia 2015

Darth Leeloo



A to jest, proszę Państwa, Darth Leeloo, czyli nasza Leeloo w specjalnej charakteryzacji, która nie jest przypadkowa, gdyż wynika z aktualnej sytuacji, jaka teraz panuje między Leeloo a mną Mechatkiem. Ta sytuacja polega na tym, że zapanowała między nami wielka przyjaźń polegająca na wzajemnym myciu się po wszystkich częściach ciała. Ta przyjaźń nastała od bardzo niedawna i jest wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze wzajemne relacje międzykocie.


No i Pani zauważyła, że najczęściej ja Mechatek myję leelootkową gwiazdę śmierci, która jest różowa i dlatego bardzo wyrazista.
ps. A jakby ktoś z Państwa nie wiedział, gwiazda śmierci to taka specjalna elegancka nazwa na tę część kota, przez którą wychodzą na zewnątrz produkty, aby pojawić się w kuwecie.

7 grudnia 2015

Na czym polega zdrowy egoizm



A tutaj ja Mechatek i Niutka na zdjęciu, które Pani wykorzystała, jako ilustrację na swojej stronie, która nazywa się Elżbieta Grabarczyk Pracownia Pomocy Psychologicznej SALAMANDRA do pokazania, na czym polega "zdrowy egoizm".


Chodzi o to, żeby chrupek i miejsca starczyło dla wszystkich, co się nazywa równowaga. I jeszcze podaję specjalny sznureczek do całego artykułu:

http://ppp-salamandra.blogspot.com/2015/12/egoizm-altruizm.html

Chchchchrrr!

ps. Na szczęście u nas w domu nie ma skrajnych egoistów ani skrajnych altruistów. Ani wśród kotów, ani wśród ludzi.