Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotki. Pokaż wszystkie posty

25 października 2017

Niutka już po operacji

Już od pewnego czasu na naszym mechatkowym Facebooku pojawiały się doniesienia, że mam mieć operację i dlatego potrzebne są te wszystkie badania krwi i różne echa serca. Niektórzy mówią na to zabieg, inni operacja, a pani powiedziała, że się nie będziemy o to spierać i zajmować takimi językowymi kwestiami, tylko opiszemy jak jest. Więc spróbuję.

Posiłek po powrocie z lecznicy. Apetyt dopisuje, to dobry znak.


Mam prawie 9 lat i jako jedyny kot w tym domu mam dokumenty na swoją datę urodzenia (18. 11. 2008 r.), które nazywają się rodowód i nie służą do niczego poza tym, żeby je od czasu do czasu wyciągać z półki i dziwić się, a może i zazdrościć, że moi przodkowie są tak doskonale znani aż tyle pokoleń wstecz, a przodkowie Pani i Naszego Drugiego Człowieka zdecydowanie mniej, gdyż oni są z plebsu, a ja jestem prawdziwą szlachcianką.

Ale nie zawsze tak było z moimi dokumentami, ponieważ dawno, dawno temu, za górami, za lasami, kiedy mieszkałyśmy jeszcze w Bielsku-Białej, wydawało się, że mogą się jednak przydać między innymi do tego, żeby moje potomstwo było również rasowe. A to wszystko dlatego, że pochodzę z hodowli, co oznacza, że mam swoje kocie nazwisko, czyli przydomek hodowlany i mogę jeździć na wystawy. Dlatego, kiedy już zostałam kupiona do swojego prawdziwego domu, trzeba mi było wymyślić nowe imię, łatwiejsze do wołania na co dzień niż Levadia of Nemo*PL. Trafiłam tam mając pół roku, a był to dom, w którym mieszkały już 3 inne koty, a mianowicie Reszka, Sonia i Mechatek, a ponieważ byłam tam nowa, to dostałam imię New, które wymawia się Niu, a które po angielsku znaczy właśnie nowa. Z czasem ono się trochę zdrobniło i najczęściej w domu mówi się do mnie Niutka, Niunia kotkowa lub z powodu tego rodowodu Księżniczka Niutkowa.

Domek okazał się najlepszym schronieniem.
Oczka jeszcze oszołomione po narkozie i broda też trochę opada.


Jako kotka idealnie zbudowana i mająca wszystko na swoim miejscu, począwszy od osadzenia uszu na głowie i kształtu załomka na pyszczku, wygrałam jako kocia młodzież nawet konkurs Best in Show, kiedy pojechałam na wystawę z moją hodowczynią, co oznaczało, że prezentuję się doskonale i spełniam wzorzec rasy, a więc jestem piękną koteczką zbudowaną dokładnie tak, jak prawdziwy Maine Coon powinien być zbudowany. I dlatego do swojego nowego domu zostałam sprzedana wraz z uprawnieniami hodowlanymi, bo moja krakowska hodowczyni uważała, że szkoda, żeby się takie wspaniałe geny zmarnowały, więc jeśli tylko by Pani chciała mnie rozmnażać, to jak najbardziej można, a nawet warto.

Kiedy dostałam swoją pierwszą rujkę, Pani zaczęła się rozglądać za jakimś pięknym i równie rasowym księciem dla mnie, a ponieważ znała się trochę na kociej genetyce (bo uznała, że jak się ma rasowego kota, to trzeba o tym trochę wiedzieć, ale również dlatego, że napisała na ten temat mnóstwo artykułów do kociego portalu, który nazywał się Świat Kotów), to chciała, aby po pierwsze był rudy z białymi skarpetkami (bo ja jestem czarna klasycznie pręgowana, więc wtedy byłaby szansa na trójkolorowe kocięta, a takie jej się najbardziej podobają), a po drugie, żeby był duży (gdyż ja jestem raczej drobną przedstawicielką rasy, więc kocięta byłyby nieco większe).

Po drodze okazywały się też inne rzeczy, związane głównie z moim charakterem. Okazało się, przede wszystkim, że jestem nieśmiała i raczej płochliwa, więc wożenie mnie po wystawach, abym otrzymała od sędziów ocenę, dzięki której koci kawalerowie ustawialiby się w kolejce oraz walili drzwiami i oknami, by mieć ze mną miot, byłoby dla mnie mocno stresujące. Z tego najważniejszego powodu Pani bardzo długo rozważała, co zrobić i czy rzeczywiście upierać się przy kociętach. Poza tym hodowla kotów to bardzo drogie hobby, do którego zwykle się dokłada, a wyjście na finansowe zero uważany jest za sukces. A Pani, jak już wspominałam, jest raczej z plebsu, więc na takie ekstrawagancje niespecjalnie ją stać, zwłaszcza, że przecież wtedy miała do utrzymania poza mną jeszcze 3 koty.

Najfajniej jest teraz na hamaku. Bo jest ciepło od kaloryfera. 


No i ostatnia kwestia, która chyba przeważyła szalę. Otóż istniało ryzyko, że mogłabym urodzić dużo kociąt, na przykład osiem. I co wtedy? Przecież nasza hodowla nie była sławna i znana, więc ludzie po te kocięta też wcale nie waliliby drzwiami i oknami. A nawet, gdyby się pojawili chętni, to trzeba by bardzo ich sprawdzać, żeby mieć stuprocentową pewność, że moje niutkowe kocięta trafią do naprawdę dobrych domów. Mogłoby się także okazać, że one wszystkie musiałyby zostać u nas w domu. A Pani z ówczesnym pańciem nawet nie chcieli wyobrażać sobie ośmiu żywiołowych kociąt, a potem dorastających kotów hasających po mieszkaniu i wszystkich półkach w poszukiwaniu odpowiedniej dawki rozrywki. To nie była wizja, która zachęcałaby do realizacji pomysłu z własną hodowlą.

Dlatego stało się jasne, że raczej nic z tego nie będzie. I dlatego trzeba mnie wysterylizować, abym nie męczyła się z rujkami oraz nie zachorowała na ropomacicze. Stało się to jasne już ładnych parę lat temu. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie zostało to zrobione już wtedy i byłoby to jak najbardziej uzasadnione pytanie. Ale Pani mówi, że życie bywa bardziej skomplikowane niż potrafimy sobie wyobrazić i nasze różne postanowienia ma często głęboko w gwieździe śmierci.

Kiedy już było pewne, że nie będzie żadnej hodowli, a zostaną co najwyżej wspomnienia o pięknych przydomkach hodowlanych, których pani wymyśliła całe mnóstwo, w naszym kocim życiu zaczęły się wielkie zmiany. Były one bezpośrednio związane ze zmianami w życiu Pani, która postanowiła przeprowadzić się do Warszawy. Przygotowania do tej rewolucji trwały rok i nie było czasu na zajmowanie się kocimi sprawami, poza tymi, które zajęcia się wymagały pilnie i natychmiast, jak na przykład choroba Soni. Jak pewnie państwo pamiętacie, Sonia nie pojechała z nami do Warszawy, odeszła jeszcze w Bielsku-Białej, mając 14 lat (można o tym poczytać na naszym Facebooku, o tutaj ->).

Do naszego nowego domu, w którym zamieszkałyśmy z Naszym Drugim Człowiekiem, pojechałyśmy we trzy: Reszka, Mechatek i ja Niutka. Było to w 2013 roku. Przeprowadzka i aklimatyzacja w nowym miejscu to również nie był dobry moment na takie kwestie, bo najpierw Pani musiała się sama ogarnąć w nowym mieście, na przykład z pracą i ze swoim nowym kocurem i w ogóle. A kiedy już się ogarnęła, to wtedy zachorowała i odeszła Reszka, która była kotem jej życia. A zaraz potem zachorowała Mechatek, którą Pani i Nasz Drugi Człowiek leczyli przez trzy lata i szczegółowo opisywali na tym blogu. Nie starczało więc ani czasu, ani siły, ani możliwości (w tym finansowych) na cokolwiek innego.

A kiedy zabrakło Mechatka, nasi ludzie zupełnie się rozkleili i musieli dojść do siebie, bo było to dla nich bardzo trudne, podobnie jak dla nas, czyli dla Leeloo, która zamieszkała z nami po śmierci Reszki i mnie. A to ich dochodzenie do siebie trochę trwało, bo Mechatek okazała się znacznie ważniejsza niż ktokolwiek śmiał przypuszczać.

I dlatego zarówno ja, jak i Leeloo, musiałyśmy poczekać. Aż wreszcie nadszedł nasz czas. I teraz Pani i Nasz Drugi Człowiek ogarniają nas. Co wcale nie jest super. Zupełnie nie jest super. Od dwóch miesięcy jeździmy do lecznicy i to wcale nie jest przyjemne. Bo trzeba wszystko skontrolować, porobić nam badania krwi, zaszczepić i ogarnąć to, co ogarnięcia wymaga. A więc w przypadku Leeloo: tę jej sterylizację, podczas której zachował się fragment tkanki hormonalnie czynnej i dlatego ma nieustannie powiększone gruczoły mleczne, a w moim... sterylizację, na którą czekam już tak długo.

Jak się państwo domyślacie po zdjęciach, właśnie mi ją zrobili. A o tym, jak znoszę rekonwalescencję i co jeszcze trzeba nam zrobić wokół zdrowia (a trzeba jeszcze sanację jam pyszczkowych), to ja napiszę już w następnym poście.

Wasza New.

ps. Więcej zdjęć na ten temat znajdziecie państwo wieczorem na naszym fanpejdżu mechatki ->


29 maja 2017

Na śpiocha



A dziś, ja Mechatek zapraszam państwa do galerii składającej się z dwóch śpiących zdjęć. Jedno jest z Panią i pochodzi z majowego długiego weekendu, a drugie jest z Naszym Drugim Człowiekiem i pochodzi z poprzedniego weekendu. Chchchrrr!

Ja Mechatek i Pani
(fot. Rafał Nowakowski
https://www.facebook.com/rnfotografiapl/)

Ja Mechatek i Nasz Drugi Człowiek

26 grudnia 2016

Świąteczne pogorszenie



Te Święta, podobnie jak to robimy od kilku lat, planowaliśmy spędzić u rodziców Rafała, czyli, jak by powiedziała Mechatek - Naszego Drugiego Człowieka. Kilka dni wcześniej kupiliśmy bilety na pociąg, w piątek spakowaliśmy plecaki, a w sobotę, bladym świtem mieliśmy ruszyć w podróż. Taki był pan, ale...

... ale nad ranem budzą mnie odgłosy bardzo intensywnych kocich wymiotów. Która? - myślę i zbieram się powoli spod kołdry, żeby sprawdzić, która z naszych trzech kotek jest źródłem tych dźwięków. Szukam śladów, ale oczy mam tak zaspane, że niewiele widzę. Za to "zapach" prowadzi mnie bezbłędnie do półki w dużym pokoju. Narzygane jest przede wszystkim na półce, ale część spadła niżej - na plecak. Najwyraźniej z siłą wodospadu. Odpowiedź na pytanie "Która?" jest oczywista. Z naszych kotów tylko Mechatek rzyga na wysokościach. Zwymiotowała mocno strawioną gotowaną pierś z kurczaka, którą Nasz Drugi Człowiek karmił ją wieczorem. Całą, chyba. Są w niej plamki krwi. Idę po papier toaletowy, żeby zetrzeć szkodę.

Mechatek plącze mi się pod nogami i pędzi do kuchni. Tam kuca i zaczyna zbierać się do sikania na płytki. Zbieranie się trwa długo, Mechatek oddaje mocz z wyraźnym wysiłkiem, podobnie jak miesiąc temu podczas poprzedniego kryzysu. Plama moczu zabarwiona jest krwią. Mechatek sika poza kuwetą rzadko - tylko wtedy, gdy żwirek nie spełnia jej standardów czystości (co zdarza się rzadko) oraz - jak wszystkie koty - gdy ma problemy z układem moczowym. Kuweta jest czysta, więc najwyraźniej to powtórka z sytuacji sprzed miesiąca, gdy również siknęła na różowo. Sprzątam wymioty w pokoju, budzę Naszego Drugiego Człowieka, pokazuję mu mokrą plamę w kuchni. Jest 5.30.

Co robić? Widać, że Mechatek czuje się kiepsko, siedzi skulona pod stolikiem, nie interesuje się otoczeniem, nawet nie wymusza porannego smakołyka. Decyzję podejmujemy szybko. Pociąg mamy o 8.15, w internecie sprawdzamy, że Przychodnia Białobrzeska otwarta jest dziś od 8.00. Nie ma szans, żebyśmy się wyrobili.

Odwołuję rezerwację biletu DO, powrotny na razie zostawiam, bo zobaczymy, czego dowiemy się w lecznicy. Pakujemy Mechatka w smycz i kocyk (bo w kocyku czuje się bezpieczniej niż w transporterze, a poza tym lepiej ją ciepło opatulić, bo w z powodu chemioterapii ma obniżoną odporność, więc lepiej nie ryzykować przeziębienia). Taksówką jedziemy do przychodni. Mechatka przyjmuje doktor Kuś . Mech nadal waży niewiele nawet jak na siebie - 1,95 kg. Od poprzedniej wizyty wcale nie przytyła, chociaż apetyt się jej poprawił. To już drugi kryzys w ciągu bardzo krótkiego czasu. Ale mamy za sobą 2 lata leczenia. I tak się nieźle Mechatek trzyma.

Dokładnie referujemy, co się stało, doktor Kuś uważnie słucha i wypytuje o szczegóły. Mierzenie temperatury, USG, pobranie krwi (żeby na szybko sprawdzić podstawowe parametry). W USG na szczęście nie widać żadnych niepokojących zmian, ale powtórzymy je po kroplówce, kiedy pęcherz będzie lepiej wypełniony. Trzeba ją też nawodnić.


Płyn ze zbiornika na stojaku ścieka powoli, trzeba cały czas pilnować ułożenia łapki, żeby mógł swobodnie lecieć, trzeba też Mechatka pocieszać, uspokajać. Czytamy gazety, rozmawiamy, podglądamy innych pacjentów. Jak widać, w Wigilię nie tylko nas dopadł pech.

Kroplówka się kończy. Robimy drugie USG. Są już wyniki badania krwi. Mocno podwyższone tzw. wyniki wątrobowe (Mech ma też przewlekłe zapalenie pęcherzyka żółciowego) i kreatynina. Dostajemy do domu całą baterię lekarstw do podania w zastrzykach: antybiotyk Entrocin (na ewentualne zakażenie układu pokarmowego) i osłonowy Ranic, które mamy jej podawać podskórnie w domu. Poza tym Ulgastran i Hepatiale Forte do pyszczydła.

Tyle możemy zrobić teraz. W razie pogorszenia (jakby tego było mało) mamy jechać do jakiejś całodobowej lecznicy, bo Białobrzeska niestety przez Święta nieczynna. A we wtorek wizyta kontrolna.

Od wejścia do lecznicy mijają 3 godziny. Rafał dzwoni do mamy, żeby powiedzieć, że jednak nie przyjedziemy, bo przecież trzeba Mechatkowi te leki jutro i pojutrze podać. Nie można jej w takim stanie samej zostawić. Nie będziemy też targać ze sobą chorej kotki przez pół Polski, bo taki stres by jej nie pomógł. Nie będzie Wigilii i Świąt u rodziców Rafała. Musimy zostać. Bilet powrotny też trzeba odwołać.



Jest 11.00! Wigilia! Nie robiliśmy żadnych zakupów, bo przecież wybieraliśmy się w gości. Spakowane plecaki z prezentami czekały. Gdyby nie nagłe pogorszenie stanu zdrowia Mechatka, dojeżdżalibyśmy już na miejsce. Nie mamy w domu NIC do jedzenia. Żadnych zapasów. Więc mechatkowy Drugi Człowiek czym prędzej pędzi na miasto na zakupy. Nasze świąteczne menu będzie zupełnie nietradycyjne - opowiemy tylko zaufanym znajomym ;)

Mamy nadzieję, że szukanie sensownej całodobowej lecznicy nie będzie konieczne. Bo nawet, jakby byli świetni, to przecież nie znają całej historii choroby Mechatka, choćby jej chemioterapii i sterydów. Więc lepiej nie.

Święta dobiegają końca. Przeżyliśmy. Mamy tylko kilka refleksji:

  • Następnym razem, jak się będziemy gdzieś wybierać, to spakujemy się kilka dni wcześniej. Bo one to wyczuwają.
  • Istnieją takie firmy, które oferują ludziom nietypowe prezenty. Zamiast rzeczy, przedmiotów - wrażenia i przeżycia (na przykład lot balonem czy coś takiego). Chyba nas to właśnie spotkało. Dziękujemy za moc świątecznych wrażeń! ;)
  • Co do nietradycyjnego wigilijno-świątecznego menu, to stwierdziliśmy, że ważne jest nie to, co znajduje się na stole, tylko to, z kim do tego stołu siadasz :)
  • Możliwe, że dochodzimy już do granicy możliwości terapeutycznych, a skutki uboczne przyjmowanych przez nią od 2 lat silnych leków zaczynają przewyższać ewentualne korzyści lecznicze... Możliwe, że zbliżamy się do końca tego, co można zrobić...

ps. Mechatek przyjęła grzecznie wszystkie zastrzyki, Ulgastranem zapluła na biało pół parkietu, apetyt na szczęście wrócił i ochota na kontakt z ludźmi też. Wygląda jednak na to, że boli ją brzuch, co trzeba koniecznie sprawdzić, bo jeśli po kocie widać (słychać) ból, to znaczy, że boli bardzo. Jutro koniecznie idziemy na kontrolę.

ps 2. Trzymajcie kciuki. 

17 czerwca 2016

Kot Michaś szuka domu



Proszę Państwa, jest bardzo ważna sprawa, w której Państwo mogą pomóc, a zwłaszcza ci z Państwa, którzy mają dobre serduszka i przejmują się kocim losem. Bo jest kot, któremu można i trzeba pomóc w znalezieniu dobrego domu. Koniecznie szybko, bo w miejscu, gdzie do tej pory żył, już raz został postrzelony, a gdyby został po raz drugi, to kto wie, jak by się to skończyło, ale nikt z nas przecież nie chce się o tym przekonywać.

Jest to, proszę Państwa, kocur, który ma wiek dwa lata (a maksymalnie dwa lata i parę miesięcy, tak powiedziała znajoma pani, która się kotem bardzo przejęła i w jego imieniu zwróciła o pomoc).

Przez dwa lata wiódł typowe życie kota wiejskiego, latem raz na tydzień kiedy właściciele domu przyjeżdżali na wieś przez weekend był dokarmiany i socjalizowany (dlatego bardzo lubi ludzi, łasi się itp. i ogólnie bardziej nadaje się na kota kanapowego, z opcją spacerów po ogródku, niż na wiejskiego włóczęgę).


W zimie kiedy właściciele domu nie odwiedzali wsi, zostawiali pieniądze na karmę i prosili sąsiadów o dokarmianie.

W tym roku po drugiej zimie spędzonej na wsi okazało się, że kot jest w mocno kiepskim stanie, w oczach ropa, w uszach też jakieś świństwo, a na łapie duża zaropiała rana. Nie było na co czekać, kot został przywieziony do Warszawy do lecznicy na Gagarina, tu został wyleczony (oczy, uszy i łapa są już praktycznie wyleczone), przebadany i wykastrowany.

W lecznicy po badaniu krwi i prześwietleniu okazało się, że kot został też postrzelony, pewnie w ramach czyjejś zabawy i nafaszerowany śrutem. Teraz kocur dochodzi do siebie w lecznicy, ale praktycznie jest już zdrowy.

Teraz kot mieszka tymczasowo w gościnnym domu, korzysta z kuwety, bardzo lubi ludzi i dużo bardziej nadaje się do życia w domu niż do ponownego wypuszczenia na wieś.

Ludzie, którzy go dokarmiali i którzy przywieźli go do Warszawy nie mogą go przygarnąć, mają już psa i kota, i chyba nie za duże mieszkanie, chchchchrrrr.

Jeżeli nikt go nie przygarnie, kot wróci na wieś. Oczywiście nadal będzie dokarmiany i dopieszczany w weekendy, więc pewnie będzie go można przygarnąć i za miesiąc czy dwa, ale najlepiej byłoby to zrobić teraz na świeżo po badaniach i leczeniu. I kiedy jeszcze nikt nie strzelał do niego po raz drugi.

Zdjęcie kocura ja Mechatek mam tylko jedno i kocur nie wygląda na nim szczególnie, ale jeżeli trzeba będzie więcej, to mogę poprosić o jakieś dodatkowe. A poza tym już widać że jest piękny i ma robocze imię Michaś.

Podstawowe informacje są takie:
Kocur, około 2 lat, bez nabiału (bo mu wycięli podczas kastracji), zdrowy, szuka dobrych ludzi i dobrego domu. Pilnie.


Telefon kontaktowy w sprawie kocura to: 506 955 951.
To jest telefon do Pani Eweliny, która dokarmiała kota, przywiozła go do Warszawy, a teraz w czasie rekonwalescencji gości w swoim domu i '"przy okazji" jest lekarzem weterynarii, więc można ją dopytać o wszystkie informacje dotyczące zdrowia kota.

W imieniu Michasia, ja Mechatek bardzo proszę Państwa o udostępnianie tej informacji, bo im więcej ludzi się dowie o kocurze, tym większa szansa, że natknie się on na swojego człowieka, który go weźmie do domu i będzie kochał do końca życia.

Chchchchrrr!

14 lutego 2016

Walentynki



Proszę Państwa, ja Mechatek oraz całe nasze stado życzymy Państwu mnóstwo miziania, dużo smakołyków i żeby się Państwu przydarzały same miłe chwile i sami mili ludzie, chchchrrr!


31 grudnia 2015

Nadchodzi Nowy Rok



Leeloo wypatrzyła!
Wszystkiego dobrego na cały Nowy Rok!
Dla ludzi i kotów od ludzi (Pani i Naszego Drugiego Człowieka) i kotów (New, Mechatka i czujnej Leeloo).
Warto kliknąć w zdjęcie i je powiększyć, żeby zobaczyć leelootkowy wyraz!



18 grudnia 2015

Darth Leeloo



A to jest, proszę Państwa, Darth Leeloo, czyli nasza Leeloo w specjalnej charakteryzacji, która nie jest przypadkowa, gdyż wynika z aktualnej sytuacji, jaka teraz panuje między Leeloo a mną Mechatkiem. Ta sytuacja polega na tym, że zapanowała między nami wielka przyjaźń polegająca na wzajemnym myciu się po wszystkich częściach ciała. Ta przyjaźń nastała od bardzo niedawna i jest wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze wzajemne relacje międzykocie.


No i Pani zauważyła, że najczęściej ja Mechatek myję leelootkową gwiazdę śmierci, która jest różowa i dlatego bardzo wyrazista.
ps. A jakby ktoś z Państwa nie wiedział, gwiazda śmierci to taka specjalna elegancka nazwa na tę część kota, przez którą wychodzą na zewnątrz produkty, aby pojawić się w kuwecie.

7 grudnia 2015

Na czym polega zdrowy egoizm



A tutaj ja Mechatek i Niutka na zdjęciu, które Pani wykorzystała, jako ilustrację na swojej stronie, która nazywa się Elżbieta Grabarczyk Pracownia Pomocy Psychologicznej SALAMANDRA do pokazania, na czym polega "zdrowy egoizm".


Chodzi o to, żeby chrupek i miejsca starczyło dla wszystkich, co się nazywa równowaga. I jeszcze podaję specjalny sznureczek do całego artykułu:

http://ppp-salamandra.blogspot.com/2015/12/egoizm-altruizm.html

Chchchchrrr!

ps. Na szczęście u nas w domu nie ma skrajnych egoistów ani skrajnych altruistów. Ani wśród kotów, ani wśród ludzi.

23 listopada 2015

Lekka poprawa



Ja Mechatek i Pani.


Udało się nam położyć kompromisowo, tak aby nie zachodził konflikt interesów, czyli aby Pani mogła czytać, a jednocześnie żebym ja Mechatek mogła przy Pani leżeć.

ps. Jest u mnie lekka poprawa. Pan doktor Jagielski idealnie określił dawkowanie chemioterapii i sterydów i nawet troszkę przybrałam na wadze.

5 października 2015

"(...) generalnie funkcjonuje normalnie..."

Moje aktualne zdjęcie
Dawno mnie Mechatka tu nie było, ale już jestem. I to jest ta najważniejsza wiadomość, bo z moim mechatkowym zdrowiem, jak wiadomo, szału nie ma.

I piszę, żeby się Państwo nie martwili.

Podczas ostatniej wizyty w Lecznicy "Białobrzeska" mój pan doktor Jagielski napisał w karcie wiele mądrych i trochę smutnych rzeczy, na które ja Mechatek zamieszczam dowód rzeczowy troszkę niżej, ale przede wszystkim napisał, że jest pogorszenie i zwiększył mi dawkę sterydu.

Chemioterapia czyli Leukeran też powinna być zwiększona, ale przy mojej malutkiej wadze to nie jest dobry pomysł, więc zostało tak, jak poprzednio.





To też ja Mechatek. Przedwczoraj.

I teraz "generalnie funkcjonuję normalnie", co pan doktor też napisał i chodzę na wizyty kontrolne trochę częściej, a moi ludzie się podzielili i rano steryd oraz ampułkę podaje mi Nasz Drugi Człowiek, a za Leukeran i pilnowanie terminów odpowiada Pani.

I tak sobie żyjemy.

Dowód rzeczowy z ostatniej wizyty


I ja Mechatek wszystkich bardzo mechatkowo pozdrawiam, chchchrrrr!



16 sierpnia 2015

Mechatek o kachektycznej sylwetce i innych trudnych sprawach

Kocie choroby są bardzo pouczające. Nie tylko bardzo sprzyjają nauce trudnych słów, ale też weryfikują, czy ktoś naprawdę na zawsze wziął odpowiedzialność za to, co oswoił, i uczą podejmowania trudnych decyzji.

Najwięcej nauczyliśmy się przy Reszce. Na przykład o tym, co to są procenty (felieton pt. Jak koty dowiadują się o procentach), co to jest chemoterapia, badanie histopatologiczne, iniekcja domięśniowa, statystyki przeżywalności i inne skomplikowane wyrazy. Przy Soni Pani dowiedziała się, co to jest IBD (nieswoiste zapalenie jelit), o które ja Mechatek też byłam podejrzewana, dopóki się nie okazało (Diagnoza Mechatka), że jednak mam chłoniaka. A ostatnio nasi ludzie nauczyli się jeszcze jednego słowa, które brzmi sylwetka kachektyczna, gdyż taką mam teraz ja Mechatek i zostało to napisane w mojej historii choroby.

16 lipca 2015

Fotoreportaż o tym, że pudełko jest najważniejsze

W pudełku przyszły prezenty dla nas trzech. Prezenty prezentami, o tym, że były bardzo fajne, napiszę innym razem, bo najważniejsze jest pudełko, o czym wie każdy kot i kociarz. Pudełko stało się hitem, a na drugim miejscu wędka z piórkami, która razem z puchatymi sardynkami oraz słoikiem kocimiętki i smakołykami była w środku.

Ja Mechatek jako królowa pudełka

W pudełku każda z nas chciała sobie posiedzieć. Ustaliłyśmy jednak kolejkę, żeby każda z nas mogła sobie trochę skorzystać bez niepotrzebnych przepychanek.

Kolej na Leeloo
Kolejka do pudełka





Kolej na Niutkę
A teraz ja - Mechatek!





















10 lipca 2015

Inspekcja celna

fot. Małgorzata Rawińska
A to jest zdjęcie zrobione, jak pani była w odwiedzinach u swojej przyjaciółki, która też ma 3 koty, tylko że to są 3 chłopaki i jeden z nich (Jonasz) dokonał inspekcji jej torby. Pani mówi, że to była kontrola celna, czy przypadkiem w torbie nie są potajemnie przemycane cenne, smaczne dobra.













21 czerwca 2015

Najnowszy raport o stanie zdrowia Mechatka

Ostatnio pytają mnie Państwo często, czy jestem zdrowa albo piszą, że mam na zdjęciach smutny pysio. No, a jaki mam mieć, proszę Państwa? Nie jest dobrze, ale nie piszemy o tym z Panią zbyt często, żeby Państwa za bardzo nie martwić.

Jak Państwo pamiętają (a tym co nie wiedzą lub nie pamiętają, to przypomnę), ja Mechatek mam w sobie nowego(S)twora, który nazywa się chłoniak, a konkretnie chłoniak rozlany niskiego stopnia złośliwości histologicznej. Średnio koty z takim nowym(S)tworem jak u mnie żyją jeszcze od 18 - 24 miesięcy. Co oznacza, że on postępuje powoli, ale jednak postępuje, bo u kotów one są nieuleczalne, ale można je spowolnić nawet na bardzo długo. No więc Pani i Nasz Drugi Człowiek według wskazówek pana doktora Jagielskiego spowalniają go już od października. Dzięki temu spowalnianiu chłoniak jest w remisji czyli nic mi specjalnie nie robi, poza tym, że jest i muszę przyjmować lekarstwa podawane w tabletkach do pyszczydła, takie jak:
  • steryd Encortolon co 2 dni
  • chemia Leukeran co 5 dni

I z nimi moi ludzie radzą sobie w domu, chociaż bardzo się sprzeciwiam, natomiast dostaję jeszcze witaminę B12 w zastrzykach, z czym w domu nie ma szans, gdyż ona bardzo szczypie i dlatego muszę jeździć do lecznicy co dwa tygodnie na podanie zastrzyku.

Niestety, ostatnio jest nieco gorzej. Od paru miesięcy ja Mechatek bardzo powoli, ale systematycznie tracę na wadze, co wychodzi podczas kolejnych wizyt kontrolnych. Na przykład w październiku ważyłam 2,4 kg, a w maju - 2,25 kg. I chudnę też tak na oko, a to jest niepokojące i Pani z Naszym Drugim Człowiekiem bardzo się martwią, gdyż to może oznaczać, że remisja się skończyła. I dlatego nie czekali na zaplanowany na lipiec termin wizyty kontrolnej, tylko zabrali mnie do lecznicy już teraz. Okazało się, że chudnę nie tylko tak na oko, ale naprawdę - bo teraz mam tylko 2,15 kg. Dlatego w przyszłym tygodniu zrobią mi USG, żeby sprawdzić, co się w środku mnie Mechatka dzieje.

Bo co się dzieje na zewnątrz, to widać: więcej śpię, nie mam nastroju i energii do zabawy, czasem wydaję dźwięk, jakby mnie coś bolało i w ogóle szału nie ma, tak Pani powiedziała. Więc zobaczymy, co dalej...

Chchchrrr....

19 czerwca 2015

Konkursowe kubeczki

Wszystkie kubeczki z reszkowo-leelootkowego konkursu już dotarły do laureatów konkursu, czyli do Państwa. A Państwo przysłali na to dowody rzeczowe wraz z podpisami. Oto galeria konkursowych kubeczków! W fotki można sobie pacnąć i one się wtedy zrobią większe, chchchrrr!

z Attonkiem,
którego Pani zajęła III miejsce

Kochana Mechatku! 
Właśnie dostaliśmy z Attonkiem 
nagrodę za konkurs i bardzo dziękujemy.
 Nagroda została dokładnie zbadana 
kocim okiem i kocią łapką...
(fot. Marta Radomska) 
I jeszcze zdjęcie dwóch kocich pyszczków: 
w naturze i na nagrodzie.
(fot. Marta Radomska)





















Z Zosią                                                                 Z Bąbelkiem
(jej pani zajęła I miejsce!)                                            (III miejsce w konkursie)

I ja melduję, że nagroda dotarła
Przed chwilą otworzyłam.

(fot. Ewa Anna)
Dziękuję Tobie Mechatku i Twojej Pani
(fot. Ewa Kosieradzka)























Więcej fotek z Zosią i kubeczkiem można znaleźć na blogu Ewy Anny
 "Mój zwierzyniec" ->



 A oto piękny komiks z nadejścia kubeczka, który zrobiła dla mnie Mechatka pani Chris Reynolds (II miejsce) i jeszcze mi napisała tak:

Dziękuję serdecznie za nagrodę z Mechatkowego konkursu! Właśnie dziś doszła. Bardzo wielką frajdę zrobiliście mi. Jeszcze raz, wielkie dzięki!

W komiksie występują KitKat i Panini.

Oooo! Co to?
Ale ładne!

To moje!

Nie! Moje!


Mamo, powiedz jej coś!

Dziękujemy Państwu za wspólną zabawę, chchchrrr!

12 czerwca 2015

Mechatek o tym, jak kotek ogląda filmy

A oto zdjęcia, które opublikował i pozwolił zamieścić pan Damian Kowalski. Zdjęcia są o tym, jak jego kot, który imienia niestety nie ma, bo jest kotem, który lubi być niezależny i nie reagował na żadne propozycje, ogląda jeden z filmików zaproponowanych przeze mnie Mechatka.Natomiast drugi kot pana Damiana, czarny, nie umie korzystać z dorobku ludzkiej cywilizacji. A może nie chce? Świat bez cywilizacji też jest ciekawy.






















A jak tam Państwa koty? Zaciekawione?

Chchchchrrr!

6 stycznia 2015

Trzy Królowe przybywają

Trzy Królowe przybywają
Dary składać zapraszają
Hej, Koteria, Koooteria!

Ważna nawet mała kwota
Najważniejsze - dobro kota
Dla Koterii, Koooterii!

Każdy grosik się tu liczy
Tako rzecze kot z ulicy
Hej, Koteria, Koooteria!

Chrupek zbiera się do chrupka
Aż się zbierze wielka kupka
Dla Koterii, Koooterii!


Dary składać należy tutaj:

http://www.siepomaga.pl/r/mechatek-dla-koterii

Do pomagania kotom, którymi zajmuje się KOTERIA, zapraszają (od lewej):

- Królowa Mechatek, koordynatorka akcji: Pomoc dla kotów z KOTERII
- Królowa Leeloo, która dzięki Koterii ma dom
- Królowa Niutka ze znamienitego rodu Maine Coonów.