29 czerwca 2017

Mechatek o tym, do czego przywiązują się koty

Proszę Państwa, ten felieton musiał powstać wcześniej czy później, ponieważ na temat przywiązywania się kotów panuje bardzo dużo niewłaściwych wyobrażeń pochodzących od ludzi, którzy nigdy nie mieli kota i dlatego swoje przekonania biorą ze swojej wyobraźni, a nie z rzeczywistości czyli z obserwowania, jak się zachowuje na co dzień oraz "od święta" udomowiony kot, taki jak ja Mechatek, Niutka, a nawet Leeloo, która się do nas udomowiła zaledwie dwa lata temu, a wcześniej była kotem wolno żyjącym na terenie szpitala praskiego.

A u nas to "od święta" zdarzyło się całkiem niedawno, ponieważ się całym stadem przeprowadziliśmy. Taka przeprowadzka to doskonała okazja do obserwowania, do czego przywiązuje się kot, tak pani powiedziała i najpierw obserwowała, a potem powiedziała: Mechatku, napisz o tym felieton, więc piszę, bo miałam w swoim kocim życiu aż cztery przeprowadzki i dlatego stałam się wielkim kocim autorytetem w tej sprawie.

Niutka wśród przeprowadzkowych kartonów i toreb

29 maja 2017

Na śpiocha



A dziś, ja Mechatek zapraszam państwa do galerii składającej się z dwóch śpiących zdjęć. Jedno jest z Panią i pochodzi z majowego długiego weekendu, a drugie jest z Naszym Drugim Człowiekiem i pochodzi z poprzedniego weekendu. Chchchrrr!

Ja Mechatek i Pani
(fot. Rafał Nowakowski
https://www.facebook.com/rnfotografiapl/)

Ja Mechatek i Nasz Drugi Człowiek

21 maja 2017

Mechatkowa historia choroby



Proszę państwa, jak zapewne państwo pamiętają, ja Mechatek zaczynam od "proszę państwa" zawsze wtedy, gdy mam do powiedzenia coś ważnego, a moja mechatkowa historia choroby jest bardzo ważna i dlatego taki wstęp. A ona jest ważna nie tylko dlatego, że dotyczy mnie Mechatka, ale także dlatego, że jakiś czas temu Przychodnia Weterynaryjna Białobrzeska poprosiła mnie Mechatka o jej opisanie, gdyż może mieć ona walory, które nazywają się edukacyjne.

A to dlatego, że ja Mechatek mam w środku nowego(S)twora, który jest leczony różnymi lekarstwami, ale głównie chemioterapią, która trzyma go pod kontrolą, nazywa się Leukeran i jest przeze mnie przyjmowana dopyszcznie. I chodzi o to, żeby troszkę przybliżyć państwu ten temat, no to ja Mechatek przybliżam. Co prawda, o opisanie historii choroby zostałam poproszona już dawno temu (pani mówi, że będzie tak z pół roku), no ale po drodze dużo się działo, na przykład najpierw różne moje i leelootkowe kryzysy zdrowotne, a teraz na dodatek ta cała przeprowadzka, gdyż proszę państwa my wszyscy przenosimy się całym stadem do nowego mieszkania i to jednak zajmuje trochę czasu, i dlatego czas na opisanie historii mojej choroby jest dopiero teraz.

I będzie proszę państwa mnóstwo zdjęć, niektóre takie, co już byłu tutaj na blogu oraz dużo zupełnie unikalnych, na przykład podczas badania i z moimi lekarzami, jak mnie trzymają na rękach i mówią do mnie Mechatka czułe wyrazy, chchchrrr!

29 kwietnia 2017

"Szczęściarze" czyli rzecz o Leeloo...




Jak dotąd, nie było zbyt wielu postów poświęconych Leeloo, kotce, która pojawiła się u nas po odejściu Reszki. Leeloo, adoptowana w październiku 2014 z warszawskiej Koterii okazała się kotem idealnym: przyjaznym, serdecznym, ciepłym i zupełnie niekłopotliwym. Nie wybrzydza przy jedzeniu, chociaż ma swoje smakowe dziwactwa; jak sądzimy pochodzące jeszcze z czasów, gdy mieszkała na terenie szpitala praskiego. Lubi na przykład chleb i bułki. Możliwe, że nimi była dokarmiana. Gdy na stole leży mięso i pieczywo, wiadomo, że Leelutka zignoruje mięso i rzuci się w te pędy do wylizywania skórek z chleba i wciągania najdrobniejszych okruszków, jak najstaranniejszy odkurzacz. Długo unikała jajek, filetów z kurczaka i mokrej karmy. Przypuszczamy, że ich po prostu nie znała i dlatego zjadała głównie suche chrupki. Teraz jej upodobania są bardziej zróżnicowane i zdarza się, że odgania Mechatka od miseczki ze smakołykami.

fot: Rafał Nowakowski (Nasz Drugi Człowiek)

Leeloo ma cudowny charakter. Uwielbia kontakt z ludźmi, chętnie leży na człowieku i przy człowieku, nie jest przy tym w żaden sposób nachalna. Nauczyła się kilku rozczulających gestów, mamy wrażenie, że podpatrując nasze pozostałe dziewczęta. Na przykład kładzie łapkę na naszych dłoniach lub nogach, a kiedy razem siedzimy na kanapie, stara się ułożyć tak, aby lekko dotykać każdego z nas. Została moim ukochanym kotem, zdarza mi się do niej powiedzieć: moja, moja i uwielbiam, kiedy patrzy w oczy - tego też długo się uczyła, bo początkowo kontakt wzrokowy nieco ją peszył i szybko odwracała wzrok. Teraz potrafi wpatrywać się długo i niesamowitą czułością.

Leeloo w zasadzie nie sprawiała żadnych zdrowotnych problemów, poza tym, że przyniosła do naszego domu koci katar, który trzeba było natychmiast opanować, przede wszystkim z powodu Mechatka, która z powodu przyjmowania leków do chemioterapii ma mocno obniżoną odporność. Mimo sterylizacji miewała też objawy rujopodobne. Dwa razy z tego powodu zastosowaliśmy leki hormonalne i na szczęście problem już się nie powtarza, ale ma wciąż ma powiększone gruczoły mleczne, więc całość i tak trzeba poddać dalszej diagnostyce. Jest kotką masywną, w sumie największą z naszych kotek. Wagowo przegoniła nawet New, która co prawda jest Maine Coonem, ale zawsze była raczej drobną przedstawicielką tej rasy.

Leeloo to kawał solidnej kociej baby

Po ostatniej wizycie w naszej Przychodni Weterynaryjnej na Białobrzeskiej wiemy bardzo dokładnie, ile Leeloo waży. Leeloo waży 4,85kg! Kawał kota z niej, prawda?

Niestety, nie była to zwyczajna wizyta kontrolna.

Od czasu, kiedy diagnoza Mechatka stała się faktem, personel Przychodni Białobrzeska mówi do nas i o nas "szczęściarze". Jest w tym duża doza troski i ciepłej ironii, bo przecież Mechatek to nasza druga kotka z chłoniakiem, a do tego to trzeba już mieć specyficznie rozumiane "szczęście". Na szczęście, chłoniak Mechatka jest inny niż Reszki, mniej agresywny i mniej złośliwy, a na dodatek Mech przekracza wszelkie statystyki przeżywalności przy tym rodzaju nowotworu. Niestety, owo specyficzne "szczęście" nas nie opuszcza. W poniedziałek, 24 kwietnia Leeloo miała atak padaczkowy...


Widzieć atak drgawkowy swojego ukochanego kota i móc tylko czekać aż się skończy to okropne doświadczenie. Na szczęście trwał bardzo krótko.

Mamy nadzieję, że była to jednorazowa sytuacja, chociaż wiemy, że na to szanse są znikome. Mamy nadzieję, że jeśli nie była to jednorazowa sytuacja (a raczej tak właśnie będzie), to jej ataki będą rzadkie, nie częściej niż raz na miesiąc. Mamy nadzieję, że nie trzeba będzie stosować Luminalu, bo częstotliwość ataków nie wzrośnie. Mamy nadzieję, że wlewka z relanium okaże się niepotrzebna i że ataki Leeloo nie przekształcą się w stan padaczkowy. Mamy nadzieję, że nasza cudowna Leeloo będzie z nami jeszcze długo...

Zdjęcie z dziś.
Leeloo relaksuje się na swojej ulubionej poduszce

ps 1. Może w tym "szczęściu" chodzi o to, że mają je nasze koty? Że trafiają właśnie do nas, a u nas, wiadomo, że otrzymają opiekę i leczenie? Ale czy nie za dużo tego "szczęścia" na nas? Ech...
ps 2. Mechatek ma się kiepsko, ale się trzyma.