Koci blog pisany z kociego punktu widzenia - dla kociarzy z poczuciem humoru i fanów Mechatka.
29 marca 2010
Kot a sprawa okna
z dedykacją dla wszystkich, którzy wiedzą, jak długo te okna nie były myte, a w szczególności dla Marianki
Pani (moja, moja) umyła okna. Było to wielkie wydarzenie, nie tylko dla niej, ale i dla nas, ponieważ zostałyśmy na cały dzień zamknięte w kuchni. Co z tego, że były tam miseczki z jedzeniem? Co z tego, że były miseczki z wodą? Kiedy Pani (mojej, mojej) nie było... Pozostało tylko zasnąć na półce i czekać. Więc zasnęłam i czekałam. I doczekałam się, bo Pani (moja, moja) zawsze wraca.
Umyte okna mają zaletę: lepiej widać ptaki. Mają też wadę: Pani krzyczy, żeby jej nie upaćkać szyb noskiem. Może i ma rację, bo jak upaćkamy, to znów trzeba będzie umyć okna, a nas zamknąć w kuchni?
ps. Na tych zdjęciach obok nie ma kota, bo po pierwsze: dziewczyn nie było w pokoju podczas całej operacji, a po drugie: żaden szanujący się kot nie powinien być fotografowany na takim tle.
Tweetnij
26 marca 2010
Izolatka dla wszystkich
czyli: Ona zwariowała
Wczoraj w tym domu działy się przedziwne rzeczy. Przyzwyczaiłam się już do tego, że Oni miewają dziwaczne pomysły i poglądy, ale ponieważ z nimi mieszkam, staram przymykać na to oko. Ale to, co odbyło się wczoraj, przerosło moje kocie pojęcie. Podejrzewam, że Oni, a zwłaszcza Ona – zwariowali.
A już całkowicie skandaliczne jest to, że wczoraj do IZOLATKI zostałyśmy zamknięte wszystkie! To nowe słowo poznałam, kiedy Sonia (ta, co jej nie lubię) zaczęła chorować. Na co dzień Sonia do mojego pokoju nie wchodzi, ponieważ jej zdecydowanie na to nie pozwalam. Ale już drugi raz przebywała w moim pokoju (!!!) przez cały dzień. I to za zamkniętymi drzwiami!
Nasza IZOLATKA mieściła się w kuchni. Po co? W jakim celu dla mnie potrzebna jest IZOLATKA? Pytam. Pytam i nie przestanę. Ale nie dość, że musiałam przez pół dnia korzystać z miseczek w kuchni, w których, jak wiadomo, i jedzenie i woda są niedobre, nie dość że nie mogłam straszyć Soni skrobaniem w drzwi mojego pokoju, to jeszcze niemożliwe było obserwowanie tego, co się w całym mieszkaniu działo. Podczas, gdy Ona zmusiła nas do przebywania w kuchni, za drzwiami odbywały się rozmowy, pokrzykiwania, słychać było otwieranie okien, za którymi są ptaki i tak dalej i nic z tych atrakcji nie było dostępne!
Powiem tak. Ona naprawdę zwariowała.
Po pierwsze:
Nikt nie wytłumaczy mi, dlaczego nie mogłam patrzeć, jak okna zaczynają mieć lepszą widoczność na ptaki. Kiedy Ona już otworzyła drzwi do kuchni, usiadłam demonstracyjnie na szafce, żeby unaocznić Jej rozmiary obrazy, jakiej doznałam. Pokazałam, że zupełnie nie interesują mnie otwarte drzwi, ani ewentualne zmiany. W ogóle. W końcu Ona przyszła, zaczęła się przymilać, zachęcać, przemawiać…. Kajała się wystarczająco długo. Prawidłowe zachowanie.
Po drugie:
Nikt nie wytłumaczy mi, dlaczego Sonia była osobno, w MOIM POKOJU (!!!) i tam miała całą IZOLATKĘ dla siebie. Chyba, że uwierzę w to, co Ona sama powiedziała, ale na coś takiego już oka nie przymknę.
A mianowicie IZOLATKA jest po to, żeby Sonia zrobiła kupę… Tego nie będę komentowała. Sonia jest dziwna, więc może potrzebuje specjalnych warunków. To jeszcze byłabym sobie w stanie wyobrazić. Ale nie. To nie wszystko. IZOLATKA jest po to, żeby Ona mogła kupy Soni zbierać. Do słoika!
Chyba nie chciałam tego wiedzieć.
Tweetnij
Pocieszanie
Bo Sonia jest moją największą przyjaciółką i wczoraj znowu jej nie było przez cały dzień i ja, Mechatek, bardzo się martwiłam i bardzo jej szukałam wszędzie, gdzie mogłam. Ale mogłam tylko w kuchni, bo nas Pani zamknęła, wszystkie trzy: Reszkę, Niutkę i mnie, Mechatka, w kuchni na cały dzień. Pani i Pańcio Kochany powiedzieli, że będą robić w pokoju bardzo niebezpieczną rzecz z otwieraniem okien i to przez parę godzin. I trzeba dziewczyny dać do kuchni, tak Pani powiedziała i nas zamknęła, bo otwieranie okien jest bardzo niebezpieczne dla nas, kotów.
Było słychać straszne hałasy, i Pani z Pańciem chodzili tam i z powrotem i jeszcze szurania i trzaskania i otwierania było słychać, a na koniec odkurzacz i ja, Mechatek, się schowałam na lodówce, Niutka na szafce, a Reszka na półce i czekałyśmy, aż to się wszystko skończy. Ale Soni nie było w kuchni. Wcale jej tam nie było: ani za szafką pod zlewem jej nie było, ani na półce, ani nawet tam, gdzie stoi śmietnik też jej nie było, bo bardzo dokładnie wszystko sprawdziłam.
A jak już skończyli robić tą niebezpieczną rzecz, to Pani nas wypuściła i ja, Mechatek wszystko obejrzałam, ale nie wiem, co to była za niebezpieczna rzecz, bo w pokoju nic się nie zmieniło, tylko szyby inaczej pachniały i Pani powiedziała, Mechatku nie wypaćkaj mi noskiem okien umytych.
Aż w końcu Pani przyniosła Sonię do nas i długo do niej mówiła różne rzeczy, żeby ją pocieszyć, bo Sonia była zamknięta sama gdzie indziej przez cały dzień. I dlatego nie było jej w kuchni. Ale to nie wystarczyło, ani nawet głaskanie, ani nic i ja musiałam jeszcze Sonię pocieszyć i ją pocieszałam aż godzinę i nawet umyłam jej futerko, aż już miała dosyć, bo była całkiem pocieszona.
Tweetnij
Ela obiecała…
Wczoraj znowu Ela zamknęła mnie w pokoju New, do którego nie wolno mi wchodzić, bo New strasznie się złości i na mnie naskakuje. Znowu wstawiła tam miseczki z wodą i jedzeniem i mój domek, a potem mnie zamknęła. Nie jadłam przez cały dzień, było mi tak strasznie smutno i bardzo się bałam, a na dodatek za drzwiami działy się straszne rzeczy. Okropnie hałasowali, cały czas chodzili, włączali odkurzacz… Nawet, jakbym nie musiała być zamknięta, schowałabym się do wersalki, bo takie zamieszanie to nie jest na moje sonine nerwy.
Za każdym razem, kiedy Ela do mnie zaglądała, miałam nadzieję, że już mnie stamtąd zabierze, ale tylko sprawdzała specjalnie naszykowaną kuwetę i mówiła, że jeszcze nie. Byłam tak zestresowana, że nawet bałam się wyjść z domku i to wyglądało tak, że Ela siedziała na tapczanie i mówiła do mnie miłe słowa, a ja siedziałam w domku i mruczałam do niej głośno -tak, żeby słyszała, że się cieszę, że przyszła. Ela powiedziała do Marka, że to śmiesznie wygląda, jak sobie tak prawimy czułości na odległość, ale to nie było śmieszne, tylko bardzo smutne.
Znowu musiałam połknąć to okropne lekarstwo, które się nazywa syrop od Wątroby i którego nie lubię. Łykam je już cały tydzień. Umiem je już bardzo ładnie wypluwać, ale Ela mówi, że to niedobrze i nabiera do strzykawki zawsze trochę więcej, żeby mimo wyplucia jednak została taka dawka, jak trzeba. Ela obiecała, że to już był ostatni raz, bo to „straszna dla Soni tragedia” i „zobaczymy, jaką kupę po tym tygodniu przeleczania zrobi”.
Znowu nie wytrzymałam i skorzystałam z tej specjalnej kuwety. A potem to już całkiem się rozkleiłam i zaczęłam głośno piszczeć, a kiedy Ela zajrzała, to tylko chciałam żeby mnie przytulała i głaskała. I mogłam już wybiec z pokoju New. Potem nosiła na rękach i mówiła miłe rzeczy i jeszcze raz obiecała, że to naprawdę ostatni raz z tym syropem.
Potem jeszcze moja przyjaciółka Mech mnie pocieszyła. Podobno ona i Reszka i New też były zamknięte, tylko w kuchni, a to wielkie zamieszanie odbyło się, ponieważ Ela z Markiem myli okna przez cały dzień, żeby było widać ptaki. To dobrze…
Ps. Niestety, po oględzinach wygląda na to, że Sonia po tygodniu podawania antybakteryjnego Furazolidonu nadal robi kupy z krwią. Dla pewności jej produkty zapakowane do słoika pojechały dziś na badania na obecność krwi.
Tweetnij
Subskrybuj:
Posty (Atom)



